Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Questy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Questy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 kwietnia 2017

Od Finn'a c.d Finn "quest na zmiennokształtność"

 Wpatrywałem się w mojego serdecznego przyjaciela, Fryderyka. Nie wiem, czy zmieniłem orientację czy co, ale to trochę dziwne, to chyba miłość.
 Położyłem się w jaskini na moim legowisku. Fryderyk leżał na przeciwko mnie. Wyglądał jak anioł. Patrzyłem na niego tak, jak Katelyn patrzyła na mnie gdy była na terenie wilków. Nie powiem, była ładna i w ogóle, ale jak już to będę z Dessin albo z Fryderykiem. Teraz tak sobie myślę, że może jestem Bi. W sumie to możliwe, ale to takie złe! Hmm... Trzeba patrzeć na dobre strony.
 - Lol, spać mi się chce. - powiedziałem do Fryderyka i założyłem okulary gangstera.
Chciałem był cool [czytaj: kul], ale wyszło jak zwykle...
- Finn, co ty odkurteczkujesz? - zapytał złośliwie mój wybranek serca.
Zaśmiałem się wściekły, ale przebaczyłem mu bo był piękny i fajny. Postanowiłem iść spać.
~*~*~*~* następnego dnia
Isabelle, służąca naszego wielkiego krula Silvera przyszła nad ranem do mojej jaskini i zapukała do niej.
- Halo? Finn'ie? - pytała.
Nie otwierałem jaskini, bałem się że to jakiś pedofil albo inny taki.
- kto tam? Ręce do góry! - wrzasnąłem.
Najwyraźniej była to wadera, jej niski głos był dla mnie znajomy.
- Ach, to ty... - mruknąłem. - Czego chcesz, Isabelle? Dalej jesteś służącą tego starego grzyba Silvera? - zapytałem śmiejąc się.
Otworzyłem jaskinię, a wadera popatrzyła na mnie poirytowana.
- Krul Silver cię wzywa. - warknęła.
- K, ale najpierw muszę pod krzaczek. - uśmiechnąłem się i ruszyłem za krzaczek.
- Typowy Finn... - szepnęła Isabelle.
***
- Możemy iść! - zawołałem zadowolony i pusty. - Już po wszystkim.
Byłem szczęśliwy. Służąca basiora ruszyła do przodu, a ja za nią. Dopytywałem się jej o wszystko, ale ona za każdym razem odpowiadała "Dowiesz się w swoim czasie".
 Kiedy wreszcie już tam byliśmy zauważyłem wielkiego Silvera, za którym jakoś szczególnie nie przepadałem. Wydawało mi się, że jest zwykłym wilkiem, który chce mieć władzę. Pomyślałem o Dessin, mojej pięknej wilczce... Była cudowna, ale ona leciała na innego, właśnie na Silvera. On był duży, miał władzę i był dziwny. Każdy by go chciał, co nie? NIE. Moim zdaniem był tylko kapciem, z jednej strony to pozytywne określenie. Kapcie są puszyste, miękkie i fajne... Och...
 - Finn... - mruknął Silver. - LOL, co tak długo? - krzyknął.
Popatrzyłem na niego wściekłym wzrokiem. Nie szanowałem go. Dla mnie był zwykłym wilkiem.
- Nie czepiaj się, stary. - powiedziałem, a on krzyknął coś pod nosem.
- CISZA! - krzyknął. - ZAMKNIJ SIĘ!!!
Pospiesznie zeskoczył ze swojego tronu zbudowanego z odchodów zwierząt i zmarłych poddanych i podleciał do mnie.
- Jeszcze raz powiesz takie coś, a będzie po tobie... - szepnął tak, żeby Isabelle nie słyszała i zaczął mnie dusić.
Przycisnął mnie do ziemi i łapą przyciskać. Powoli traciłem powietrze, a on dalej to robił.
- Z-zostaw mnie... Ty... - mówiłem coraz bardziej tracąc powietrze.
Isabelle przyglądała się temu z politowaniem. Nie była zadowolona, jednak sama nie chciała skończyć jak ja, więc postanowiła nie ruszać się z miejsca.
- Panie...? - zapytała cichutko, jednak Silver usłyszał ją.
Nie spojrzał na nią, ale krzyknął:
- ZAMKNIJ SIĘ!
Wadera uciszyła się i spuściła posłusznie głowę. Bez słowa.
 Po chwili przed nami pojawiła się biała wadera. Była piękna. To... DESSIN!
- Silver, zostaw mojego... przyjaciela! - krzyknęła trochę niepewnie.
Silver posłusznie zostawił mnie.
- Dessin, ty...? - mruknął Silver. - LOL, ale żal.pl
Zaśmiałem się, ale on tego nie usłyszał. Dessin zmierzyła go wzrokiem. Przywódca odetchnął tak jak ja. Kaszlałem i dusiłem się po tej męczącej sprawie. To nie było przyjemne. Nie było mi po śmiechu. Po odpoczynku moja piękna zniknęła a Silver zaczął mówić:
- Wezwałem cię, bo jesteś najlepszym wilkiem z Klanu, zaraz po mnie oczywiście! Musisz złapać mordercę, który grasuje na terenach naszego klanu wilków, najlepszego klanu na świecie. I jakby co, Dess jest moja.
 Bez słowa uciekłem. Byłem niezwykle zainteresowany. Cieszyłem się, że Silv mnie docenił. Poszedłem do swojej jaskini, żeby pożegnać się z Fryderykiem i wyruszyć w podróż. Możliwe, że nie wrócę z niej, więc nie zobaczę ani mojej pięknej wilczycy, ani mego towarzysza. Chociaż Silver będzie mógł mieć piękną Dess, a cały Klan Wilków będzie mnie wielbił i przejdę do historii.
 Wszedłem do jaskini. Zastałem tam Fryderyka robiącego na drutach.
- Mój drogi... Fryderyk? - zapytałem pukając do jaskini.
- Wejdź, Finn. To przecież twój dom, więc lol. - powiedział.
Frytek zauważył, że jestem zdenerwowany. Zapytał w myślach, "co się stało?". Usłyszałem to i odpowiedziałem:
- J-Ja muszę wyruszać... Jestem najlepszy i Silv mnie wyznaczył do podróży. - po tych słowach zacząłem płakać.
Fryderyk zaakceptował to i zaczął mnie pocieszać. Wyjaśniłem mu co i jak.
- No k. - odpowiedział.
Zdziwiła mnie jego reakcja na moje słowa. Byłem smutny, a on raczej się tym nie przejmował. Był dziwny i tajemniczy, jak ja i Silver krul.
***
Po nocy wyruszyłem. Byłem trochę smutny, ale nie przejmowałem się Fryderykiem, przeżyje...
 Po chwili zauważyłem jak jakiś gościu, lub po prostu coś, ktoś, porusza się z prędkością światła kilka metrów ode mnie. Postanowiłem to zbadać. Chyba należał do grupy tak zwanych "gangsterów", czyli ludzi, którzy są tacy super gangsta i w ogóle cool (czytaj: kul). Zbliżyłem się do niego, ale mnie zauważył, niestety...
- Ej! Ty tam, mały! Kim jesteś?! - zawołał lekko, a nawet bardzo poddenerwowany. - Weź spadaj!
Wkurzyłem się. To było niedopuszczalne żeby taki prostak i kapeć paradował sobie spokojnie po terenach samego krula silwera, którego z każdą chwilą zaczynałem coraz bardziej tolerować. Nie był już taki drętwy i kapciowaty.
- Jak masz jakieś wąty, to idź do ortodonty! - zawołałem po gangstersku.
Zaśmiał się i podszedł do mnie bliżej. Jeszcze raz się zaśmiał. Mogłem przyjrzeć się jego twarzy i zrobić zapis w swojej jakże mądrej głowie.
- Czego chcesz? To ty jesteś tym mordercą? - zapytałem spokojnie.
- Tak. - odpowiedział i uśmiechnął się radośnie.
Złapałem jego kurtkę. To był... CIEŃ!!! Nigdy w życiu się tego nie spodziewałem. PRZECIEŻ GO ZABIŁEM!!!
- CIEŃ!!!??!!!?!?!!????!;! - krzyknąłem oszołomiony.
Nie byłem sobą. Niby to był tylko mój zły sen, koszmar, ale to było prawdziwe, to prawda! Może nie tamto z cieniem, Prutem, ale to? A jakże! Oczywiście że to prawda. Moje życie jest w niebezpieczeństwie.
- Jak mogłeś zabić tyle osób?! Jak?!!!?!!??? Jak???!!! - krzyczałem i nie mogłem przestać. Wpadłem w furię i w depresję. Nie miałem na nic ochoty. Cień bawił się moimi emocjami, a do tego zabił niewinne wilki. On chciał mnie, tylko mnie... - WIEM ŻE CHCESZ MNIE! DLACZEGO TO ROBISZ?! CZEMU?! - upadłem na moje wilcze kolana trzymając czarną jak kruk kurtkę cienia krzycząc - J-JAK??!! CZ-CZ-CZEEEEEE-EEEEEMUUUU-UUU???!!! - jąkałem się i dławiłem gorzkimi łzami. Jestem bardzo wrażliwy...
 Po chwili zdałem sobie sprawę, że nawet nie znałem tych wilków i nie wiem kim są. Nie wiem czy to prawda, że on je zabił.
- LOL - uspokoiłem się.
Z całej siły walnąłem Cienia w twarz i poleciała mu krew. Upadł, a krew zaczęła spływać mu z ust. Kaszlał i dławił się nią.
- Masz za swoje... - mruknąłem zadowolony, lecz nie z siebie.
Złapałem za nóż kuchenny i chciałem zakończyć jego marny żywot mordercy i cienia, ale on chciał chyba coś powiedzieć.
- F-Fi-FFinn, F-F-Fi-nn, s-s-słuchaaaaj...
W końcu coś powiedział.
- Finn, Prut t-t-to... - ciągnął.
- MÓW! - krzyknąłem zły.
On przestraszył się, jednak nie miał już sił. Był chory i głodny. No i pić mu się chciało.
- T-to... O-On żyje... - po tych słowach odszedł.
Nie przejąłem się i odszedłem, ale najpierw przyczepiłem do jego ciała kartkę z napisem "Dzielny Finniusz Mroczny lecz Serdeczny "Frytek" zabił mnie, złego mordercę cienia, Hahahah".
***
Zrobiłem co mogłem i jestem z siebie dumny. Pokonałem złego bandytę! Postanowiłem iść do naszego drogiego krula silwera.
- Już po nim. - mruknąłem zadowolony z siebie.
Silw zrobił wielkie oczy i się zdziwił.
- Łał... - powiedział. - Tu masz proszek dzięki któremu możesz zmienić się w... Człowieka! Super, co nie? - podał mi jakiś super brzydko zapakowany proszek, no cóż, przecież jesteśmy wilkami. - Nasyp go na siebie, a zmienisz się w człowieka. - powiedział.
Zdziwiłem się. Byłem taki dumny! Ale po co mam się zmieniać w człowieka...? Lubię być sobą, wilkiem. Ale jeśli będę człowiekiem to... Silv przerwał moje przemyślenia i zaczął mówić znów:
- Zdobądź zaufanie przywódczyni Klanu ludzi, Katelyn Moon, i zdradź mi wszystkie tajemnice tego klanu ludzi!
Silver uśmiechnął się mrocznie. Zacząłem się zastanawiać, a on zrobił kwaśną minę, bo chyba zauważył, że rozmyślam nad tym.
- Jesteś wierny klanowi wilków? - zapytał.
Bez chwili namysłu odpowiedziałem:
- Tak!
Na co on odpowiedział i to dość długo:
- To zdobądź jej zaufanie. Dzięki tobie będziemy najsilniejszym klanem.
Uśmiechnąłem się. Byłem zadowolony z siebie trzeci raz.
- Tak jest!
 Po tych słowach odszedłem do Fryderyka. Nie będę mógł z nim spędzać tyle czasu. No chyba, że wezmę do tam, do klanu ludzi na misję! Tak!
Wszedłem do jaskini z dobrą nowiną.
- Fryderyk! - zawołałem, a on podbiegł do mnie. - Mogę zmieniać się w człowieka i pójdę do klanu ludzi! A ty ze mną! No chyba, że nie chcesz...
Frytek Junior nie zastanawiał się zbyt długo.
- Tak!
Musiałem mu jeszcze powiedzieć o cieniu, z którym dzielnie walczyłem.
- Pokonałem cienia!
- Cienia? - zapytał. - Kto to?
Zaśmiałem się.
- Potem ci opowiem, a teraz idę spać bo jutro idę do klanu ludzi!
Mój mały przyjaciel uśmiechnął się.
- Ja też...
***
Ciągle interesowała mnie sprawa Pruta. Cień mówił, że on żyje. Ale to przecież tylko stary grzyb, chory i dziwny. Hmm... No ale dlaczego miałby kłamać lub żartować, zmyślać? Lubił bawić się moimi uczuciami, wiem to...
- Fryderyk!! - zawołałem przyjaciela.
- Finn... Czego chcesz? - zapytał ciągle śpiąc, zmęczony.
- Idziemy do klanu ludzi! - zawołałem radośnie. - No ej!
Fryderyk od razu wstał i pobiegł za mną. Nasypałem na siebie trochę proszku magicznego i... BUM! Jestem człowiekiem! Zacząłem biec do klanu ludzi, ale.. ups... Te nogi były dziwne! Po kilku minutach nauczyłem się na nich chodzić, to łatwe. Razem z Finn'em Juniorem pobiegliśmy do klanu. Na swojej drodze spotkałem serce krainy... A tam, brzydki kamień. Ruszyłem do przodu z moim słodkim kumplem, LOL. Miałem nadzieję, że to nie daleko...
***
Pierwszą osobą, jaką zauważyłem była ciemnowłosa dziewczyna, z pewnością krulowa. Za nią stał czarnowłosy chłopak, pewnie krul ludzi i jej mąż. Niestety, ciężko będzie zdobyć jej zaufanie. Ten czarny wyglądał trochę jak cień.
- Czeeeść, to ty jesteś ten nowy? - zapytała z uśmiechem na twarzy. - F-Finn?
Uśmiechnąłem się do niej i do jej kumpla.
- Tak, Finn. - powiedziałem śmiało. - A ty jesteś... Katelyn? - uśmiechnąłem się gangstersko z nutą romantycznego Finn'a i podszedłem do niej bliżej.
Uśmiechnąłem się. Dziewczyna posłała mi wściekłe spojrzenie, więc się odsunąłem. Wyglądała na groźną. Zainteresował mnie także czarnowłosy chłopak, a że jestem bi, to wiadomo.
- LOL. - mruknąłem cicho, żeby nikt nie usłyszał.
W tej chwili nie myślałem o Dessin. Mój mały kumpel Fryderyk kaszlał, bym zwrócił na niego uwagę.
- Aha, a to mój przyjaciel, towarzysz. - powiedziałem. - Fryderyk.
Pokazałem na niego ręką, a on uśmiechnął się.
- Ooo, jaki słodziak! - zawołała dziewczyna i podbiegła do niego.
Pogłaskała go i zaczęła przytulać.
- Heh, jestem zazdrosny. - powiedziałem, a po chwili byłem już zły na siebie za to. - Wybacz!
Kate zaśmiała się, tak jak chłopak.
- A to jest Alex. - wstała i stanęła obok chłopaka.
- Jestem zastępcą przywódczyni. - mruknął chłopak.
- Jesteś takim przydupasem Katelyn? LOL - zaśmiałem się. - bez urazy. - byłem miły i to powiedziałem miło.
- Haha, nie. - powiedział.
Zaczęliśmy się wszyscy śmiać.
- Pokażemy ci twój dom, okej? - zapytała Katelyn.
- Tak, dzięki! - zawołałem.
Dobrze mi się tutaj było, a ludzie byli mili. Chciałem jednak wrócić do mojego ukochanego klanu wilków. Tam był silwer, Dessin... Moi przyjaciele! Nie znałem ich za bardzo, ale okej. Mimo wszystko wolę silwa i Dess.
Katelyn i Alex pokazali mi moje nowe mieszkanie, które było piękne. Chociaż moja jaskinia była lepsza. Oni sobie poszli, a ja postanowiłem obejrzeć dom. W nocy, gdy wszyscy będą spali, pójdę do silwa i mu wszystko opowiem...

---

CDN

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Od Alex'a - Quest 3


Przepełniany przez złe przeczucia, zwiększył i tak już dość żwawe tempo kroku. Od razu podejrzane zdawało mu się to, że Katelyn wzywa go do siebie o tak wczesnej porze. Nie ma także co ukrywać, iż chłopak najchętniej cofnąłby się do domu i ponownie zakopał pod nagrzaną jeszcze pościelą. Powstrzymywał go od tego jednak naglący ton jakiegoś dzieciaka, ryzykującego swoim własnym życiem dobijając się z samego rana do jego drzwi oraz przekazującego z ogromnym przejęciem wiadomość od przywódczyni. Pozwalając więc sobie na minutę zwłoki, zmieniając w tym czasie ubrania oraz zakładając buty, ruszył za młodzikiem w kierunku domu ciemnowłosej. Nie za bardzo rozumiał, dlaczego odprowadził go do samych drzwi. Każdy w osadzie wie przecież, gdzie mieszka Kat. Wyjaśnieniem okazał się być mały woreczek z brzęczącymi monetami w środku, który wylądował na dłoni dzieciaka zaraz po pojawieniu się w wejściu sylwetki dziewczyny. Po krótkiej rozmowie, młody niemal natychmiast odwrócił się na pięcie, biegnąc w stronę centrum z dzikim okrzykiem radości opuszczającym jego gardło. Czarnowłosy zignorował to jednak, przeciskając się obok przywódczyni i ruszając w stronę jej kuchni. Tam, bez zbędnych ceregieli, otworzył lodówkę oraz wyjął z niej coś, co wyglądało na połączenie spaghetti z serowym sosem i pieczarkami. Kilka sekund później talerz wraz z zawartością wylądował w mikrofalówce, a zapasy chłodziarki zostały zmniejszone o jedną, a właściwie to jedyną, puszkę napoju gazowanego. Chłopak postawił ją z cichym stuknięciem na stole, odwracając się w stronę szuflady w celu zabrania widelca. Kiedy sztućce podzieliły los cukrowej bomby w metalowej obudowie, ziewając skierował swój wzrok na właśnie kończącą swą pracę mikrofalówkę. Chwilę później siedział już przy stole, a w nozdrza wgryzł się zapach papryki, którą dość obficie został posypany makaron. On jednak to zignorował, skupiając wzrok na dziewczynie, jednocześnie otwierając puszkę:
- Wywaliłaś mnie z łóżka o piątej nad ranem. Wisisz mi więc co najmniej śniadanie, pozostałe przysługi z twojej strony wymyślę później. A teraz mów, o co chodzi?
Katelyn nie odpowiedziała zaraz, wzdychając głęboko i zajmując miejsce naprzeciwko czarnowłosego, zaczynającego właśnie śniadanie będące resztkami po wczorajszym "popisowym daniu" autorstwa samej przywódczyni. Miał już okazję spróbować je wcześniej, czego dowodem jest puszka napoju gazowanego, mająca za zadanie nie tylko pokrycie dziennej dawki cukru.
- Jest już szósta. Ten dzieciak dobijał się do twoich drzwi dobre pół godziny. Podobno dzięki tobie nauczył się nawet nowego języka.
Alex w odpowiedzi wzruszył jedynie ramionami, biorąc kolejny solidny łyk. Ton przywódczyni zwrócił jednak jego uwagę, toteż spojrzał w jej stronę, powoli odkładając trzymany w dłoniach przedmiot oraz widelec.
- Niemiecki to bardzo przydatny język. A teraz powiedz, jaki jest prawdziwy powód wyciągnięcia mnie z łóżka o tak wczesnej porze. I lepiej żeby było to coś ważnego, bo inaczej sojusz z Tekliuszem przestanie mnie interesować.
Ta spojrzała na niego z rezygnacją, odpowiadając:
- Uwierz mi, to jest ważne. I to nawet bardzo. Chodzi o kilku członków klanu... i o ciebie.

~~~~~~~^^~~~~~~~

Kilka godzin później siedział już na placu, obserwując z wolna zbierający się na rynku tłum zarówno handlarzy, jak i klientów. A skoro Walker to Walker, nie byłby sobą, gdyby nie zajął tej samej ławki co niemal każdego dnia, siadając na oparciu i przyciągając w ten sposób karcące spojrzenia mijających go ludzi. On jednak za nic miał ich opinię na jego temat, wygodniej opierając stopy na siedzisku, dalej konsumując tabliczkę czekolady. Zazwyczaj ograniczał się jedynie do kilku kostek, lecz dzisiaj ani myślał zostawiać chociażby okruszka. Powodem takiego zachowania były słowa przywódczyni, wciąż odbijające się jakby echem w jego głowie. Niezbyt martwiło go to, że "polują" także na niego. Szczerze życzył powodzenia temu pechowcowi, któremu przypadłoby zajęcie się jego osobą, gdyż bez walki się nie podda. Wracając do tematu, bardziej niepokoiło go to, iż znikają członkowie klanu. I nie, nie ma nic dziwnego w tym, że ludzie dziś są, a jutro ich nie ma, przy czym dowództwo przez dłuższy czas nic nie robi... Westchnął głęboko, patrząc na ostatnią już kostkę czekolady, która w następnej sekundzie zniknęła. Dlaczego siedział jak gdyby nigdy nic niemal w samym  centrum placu zachowując się, jakby o niczym nie wiedział? Odpowiedź jest dość prosta: ludzie widzą to, co chcą widzieć. Po co więc dawać im tematy do plotek dotyczących czegoś odbiegającego od normy, skoro można przeżyć i bez tego? Poza tym, o wiele łatwiej znaleźć potencjalnego "tego złego", jeśli nie trzęsie się jak galaretka czy też kolor jego skóry nie przypomina bielonej ściany. Tak więc, obrzucany złowrogimi spojrzeniami, - które interesowały go tyle co zeszłoroczny śnieg -  leniwym wzrokiem obserwował tłum zebrany na placu. Była to jego codzienna rutyna, tak więc niemal natychmiast zauważył spóźnienie ze strony Malarza - mężczyzny kilka lat starszego od Alex'a, który nazwał go tak ze względu na ubrania zawsze brudne od farby. Dzisiaj wpadł zasapany na rynek, biegiem zmierzając w stronę Piekarza, z którego fartucha chyba do końca świata nie zniknie mąka. Jednak to nie jego pośpiech zwrócił uwagę czarnowłosego, a ten wyrażający ulgę wyraz twarzy spóźnialskiego na widok chłopaka siedzącego na ławce. Walker uznał to za co najmniej dziwne, jednak nie miał okazji upewnić się co do tego, że to prawda. Malarz nie spojrzał już bowiem więcej w jego stronę, rozpoczynając swą codzienną rutynę: kupienie bułek, małe piwko, krótka kłótnia z rzeźnikiem i ponowny bieg, tym razem w stronę swojego domu.
Sytuacja powtórzyła się także następnego poranka oraz kolejnego, jakże podobnego do poprzedniego. Ten sam tłum, ci sami ludzie, starszy o kilkadziesiąt godzin Malarz teraz nie spóźniony, jednak i tak spoglądający z ulgą na czarnowłosego. Ten w odpowiedzi za każdym razem odwrócił się przez ramię, zupełnie jakby chciał zobaczyć powód uspokojenia podejrzanego. Niestety, nie ujrzał nic oprócz kilku drzew, budynków oraz pustych ławek. Tak więc dzisiaj, wyjątkowo nie czekając na całkowite zapełnienie placu, Alex ruszył w stronę uliczki, w której chwilę wcześniej zniknął Malarz. Chciał wierzyć, że to tylko jego chore urojenia, jednak zawsze, gdy tylko poddawał w wątpliwość "drugie oblicze" śledzonego, w głowie znów słyszał słowa Katelyn. Poświęcił zatem całe swoje przedpołudnie, obserwując wracającego do domu podejrzanego, ulokowanego na granicach osady. Dokładnie 27 minut i 17 sekund później wyszedł z mieszkania, nieufnie rozglądając się dookoła. Następnie poprawił założoną na plecach torbę, wydającą dziwne dźwięki nasuwające na myśl większe skupisko metalowych rzeczy. To jeszcze bardziej zwiększyło zainteresowanie Walkera, obserwującego całe zajście w cieniu pobliskiego budynku. Odczekał chwilę, odprowadzając wzrokiem szybko odchodzącego Malarza. Następnie ruszył w jego ślady, idąc za nim praktycznie na drugi koniec osady. Po drodze musiał - wraz z mężczyzną idącym przed nim - zatrzymać się kilka razy. Powodem było kilkakrotne spotkanie ze znajomymi czy też wchodzenie do niektórych z mijanych lokali, wychodząc z nich z coraz to bardziej przepełnioną torbą. Czarnowłosemu zdawało się to być co najmniej podejrzane. Wrażenie potęgował także fakt, iż za każdym razem, gdy Malarz opuszczał któryś z budynków, na jego twarzy gościło zaniepokojenie oraz lekkie zdenerwowanie. Jeśli wziąć więc pod uwagę te wszystkie drobne szczegóły można uznać, że Alex był niemal w 100% pewien, iż znalazł tego, którego szukał. Nie mógł jednak nic zrobić, dopóki nie przyłapał go na gorącym uczynku. Zmuszony więc był do ciągłego śledzenia go. Czynność ta trwała tak długo, dopóki mężczyzna idący przed nim nie dotarł... na plac budowy. Szczęka czarnowłosego opadła niemal do samej ziemi, kiedy obserwował Malarza wyciągającego z torby mieszadła do farb oraz inne pędzle. Nie ma co ukrywać, że wyobraźnia spłatała mu niezłego figla, ponieważ sądził, iż pakunek wypełniony jest innymi, bardziej podejrzanymi rzeczami. Wyszło więc na to, iż chłopak się pomylił. Westchnął z rezygnacją, kręcąc głową i powoli odwracając się na pięcie w zamiarze powrotu do domu. Nie uszedł jednak nawet dwóch metrów, kiedy drzwi mijanego właśnie domu otworzyły się raptownie, a Walker zdążył zarejestrować jedynie zmierzający w stronę jego potylicy kij do baseballa. I to by było na tyle z jego pewnością siebie w sprawie nie poddania się bez walki. 

~~~~~~~^^~~~~~~~

Pierwszym bodźcem, który przedarł się do świadomości czarnowłosego był dziwny dźwięk, dochodzący jakby z oddali. Przez pulsujący w głowie ból chwilę zajęło mu domyślnie się tego, co jest źródłem owych odgłosów. Ciche "KAP KAP" zdawało się być strasznie irytujące w tamtym momencie. Ciągle leżał nieruchomo, próbując zakodować wszelkie sygnały dochodzące z zewnątrz. Wyczuwał pod sobą zimną oraz twardą podłogę co świadczyło o tym, iż długo tutaj nie przebywał. To samo mówiły  jego nadgarstki, skrępowane jakąś liną, ale nie pozwalające wyczuć bólu. Powietrze przepełnione było wilgocią i czymś na kształt stęchlizny, nasuwając na myśl piwnicę, o czym chciał się osobiście przekonać. Nim jednak zdążył chociażby drgnąć powieką, z daleka dało się słyszeć czyjeś potężne kroki. Szybko porzucił myśl dania jakiegokolwiek znaku przytomności, pogłębiając oddech i rozluźniając mięśnie. Chwilę później usłyszał szczęk otwieranego zamka, a następnie dość silne uderzenie w prawy bok. Było ono na tyle mocne, że chłopak obrócił się o 180°, lądując twarzą do ziemi. Nie wydał z siebie jednak żadnego odgłosu, nie skrzywił się nawet na ujmujący ból żeber. Ciągle udawał nieprzytomnego, posyłając w myślach długą wiązankę łaciny na autora tego kopniaka. Kilka sekund później ponownie rozległy się kroki zmierzające w jego stronę, a on przygotował się na następną dawkę bólu. Zamiast tego usłyszał:
- Zostaw go, Wróbel. Dość mocno go walnąłeś, nie ocknie się przez następne kilka godzin. Pomóż lepiej w przygotowaniu rytuału, bo inaczej Ojciec będzie zły.
Po tych słowach w pomieszczeniu dało się słyszeć małą krzątaninę, by kilka sekund później mogła zapaść całkowita cisza. Czarnowłosy odczekał chwilę, powoli otwierając powieki. Nie zobaczył jednak więcej niż kamiennej posadzki oraz drewnianego "łóżka", zawieszonego kilkadziesiąt centymetrów nad ziemią. Popychany przez ciekawość, podniósł lekko głowę i rozejrzał się po otoczeniu, wyłożonym tymi samymi kamieniami co podłoga. Zatrzymał się jednak w momencie, kiedy jego wzrok skrzyżował się ze spojrzeniem pewnego czworonoga, z wolna zaczynającego warczeć gardłowo. Alex nie zdążył chociażby kiwnąć palcem, kiedy pies zaszczekał na tyle głośno, iż dźwięk jego głosu rozszedł się echem po całym korytarzu ciągnącym się za celą chłopaka. Walker po raz kolejny próbował udawać niczego nieświadomą osobę, wracając do wcześniejszego ułożenia, jednak ten hałas mógłby obudzić zmarłego. W celi ponownie rozległy się te ciężkie kroki, lecz tym razem nie skończyło się na zwykłym kopnięciu. Chłopak nagle został pociągnięty za tył koszulki do góry, a nie widząc sensu w dalszym udawaniu, spojrzał prosto w oczy dość rosłego  - zarówno we wzroście, jak i masie - bruneta mającego na oko mocno ponad trzydzieści wiosen. Na jego szyi, w miejscu przebiegu żył oraz tętnic. Nie zwrócił jednak na to wszystko większej uwagi, bowiem niemal natychmiast skupił wzrok na jego praktycznie przezroczystych tęczówkach, przybierających lekko błękitny odcień. Pies ciągle ujadał, przez co niezbyt dobrze usłyszał słowa potencjalnego Wróbla:
- No proszę, Nocna Gwiazda nam się obudziła. Ojciec będzie z ciebie dumny za taką punktualność, gdyż przygotowania są już zakończone. Czekaliśmy tylko na ciebie, Aleksanderze.
Czarnowłosy mimowolnie się skrzywił, jednak po chwili na jego twarzy znów zagościła ta sama zaciętość co zwykle, gdy odpowiedział:
- Fajnie to brzmi. Duma ojca, ja i punktualność, koniec roboty. Nawet wymyśliliście mi nową ksywkę, która niestety niezbyt przypadła mi do gustu. Aha, i nie mówi się Aleksanderze, a Aleksandrze. Mimo to nadal wolę skrót Alex. Szybciej oraz prościej, bez żadnych problemów ortograficznych i tak dalej. A teraz, gdybyś był tak miły, puść mnie. Mam jeszcze parę rzeczy do zrobienia... 
- Ojciec nie pozwala wypuścić nikogo przed rytuałem. Nie lubi także gadulstwa oraz bezczelności. - Przerwał mu, zaciskając dłoń na karku chłopaka i popychając go w stronę wyjścia.
Pies - ciągle nie przestający dawać znać o swoim istnieniu - podążył za nimi i żadne prośby Wróbla nie były w stanie go uciszyć. Walker nie zwracał jednak na to uwagi, próbując zmusić swoje mięśnie do współpracy. Jego wysiłki okazywały się być daremne, gdyż kiedy tylko pomyślał przynajmniej o zafundowaniu brunetowi prawego sierpowego, ta sama ręka zaczęła go nienaturalnie boleć. Przypominało to nieco wkłuwanie igieł, co rusz ich wyciąganie i po chwili znów przebijanie mięśni.
- Ojciec nie lubi, kiedy jego dzieci krzywdzą siebie nawzajem. Ceremonia inicjacyjna przebiegła więc jak najbardziej pomyślnie, nawet podczas twojej nieprzytomności.
Oczy czarnowłosego omal nie wyleciały z orbit, kiedy usłyszał ostatnie zdanie. 
- Że co?! O jakiej ceremonii ty mi tu pi******sz?!
W odpowiedzi otrzymał kolejne uderzenie w potylicę, jednak tym razem nie było ono tak mocne jak poprzednie z kijem w tle.
- Ojciec nie lubi, gdy jego dzieci źle się wyrażają. Ceremonia wprowadziła cię do podstawy naszej wiary, przez co nie jesteś w stanie zrobić nam jakiejkolwiek krzywdy.
Alex zacisnął mocniej szczęki, czując nieprzyjemne kłucie niemal we wszystkich kończynach. Chłopak nie miał wątpliwości co do tego, że to nie była zwykła inicjacja, a coś pozwalającego na dalsze "działania" tego, co rzekomy "ojciec"  planował z nim zrobić. Tak, Walker był niemal w 100% pewien, iż wkrótce pozna człowieka odpowiedzialnego za zniknięcie kilkunastu członków klanu ludzi. Mężczyzna znany z informacji podanych przez Katelyn jako Wielmożny Xavier, tak naprawdę praktykował rytuały voodoo - ceremonie narzucające ludziom czyjąś wolę oraz zmuszających ich do robienia rzeczy, których normalnie by nie robili. Z początku znikali przypadkowi ludzie, najczęściej samotnicy lub odludkowie. Kilka ostatnich ofiar stanowiło jednak dość bliskie otoczenie przywódczyni klanu, znikając niemal w przeciągu tygodnia. Midnight ciągle zastanawiał się, z jakiej okazji także jego obrano za cel, lecz dość szybko odrzucił te myśli na bok. Teraz próbował skupić się na obmyśleniu sposobu ucieczki przy nieco ograniczonych możliwościach samoobrony oraz ciągłym ujadaniu tego wstrętnego psa. Powoli odwrócił się przez ramię, mierząc czworonoga chłodnym spojrzeniem nienawistnych oczu, które niejednego człowieka przyprawiały o ciarki. Nie działało to jednak na futrzaka, odpowiadającego na to kolejną, jeszcze głośniejszą niż poprzednia, salwą gardłowych warknięć. 
- Zamknij się, do diabła! Stul dziób!
Ten jednak dalej szczekał, nie pozwalając zarówno dojść do słowa, jak i skupić się na czymkolwiek. Czarnowłosemu nie pozostało więc nic innego jak biernie podążać wraz z brunetem, to wchodząc po schodach, to przechodząc przez kolejne drzwi. Kiedy trafili do tych wykonanych z drewna zdobionego dość dziwacznym symbolem, czworonóg momentalnie ucichł. Chłopak zerknął na niego z zainteresowaniem, w głowie wciąż słysząc jego odgłosy. W następnej sekundzie wejście przed nimi otworzyło się na oścież, zalewając światłem tonący w mroku korytarz. Alex zmrużył oczy, próbując uchronić je przed tą jasnością, jednak na niewiele się to zdało. Popychany przez mężczyznę stojącego za nim, ruszył w stronę źródła owej łuny. Tutaj podobnie jak w jego celi było lodowato i wilgotno, jednak to pomieszczenie miało o wiele większą powierzchnię niż tamto, w dodatku mieszczącej grupę około 15 ludzi. Wszyscy mieli podobny kolor oczu co Wróbel, utkwionych w bliżej nieokreślony punkt w centrum pomieszczenia. Niektórzy odwracali się w stronę idącego chłopaka, obdarzając go niezbyt szczerym w jego mniemaniu uśmiechem. On jednak nie zwracał na to uwagi, skupiając się na ogromnym znaku narysowanym na podłodze pośrodku pokoju. Stały, a właściwie klęczały, w nim dwie osoby podobnie jak Alex w towarzystwie strażnika. One również miały skrępowane ręce, a oczy w porównaniu do zgromadzonych miały żywy, piwny odcień. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że patrzy na dwójkę bliźniaków, niedawno zaginionych członków osady. Nie zdążył jednak się do nich odezwać, kiedy i jego popchnęli na ziemię. Obrzucił trójkę strażników za sobą nienawistnym spojrzeniem, następnie zerkając w stronę swoich sąsiadów. Nie miał pojęcia, czy ci go rozpoznali, lecz mimo tego widział w tym momencie w ich wzroku lęk oraz strach. Sekundę później bębny, które słyszał zaraz po przebudzeniu się, ponownie rozpoczęły nową tyradę dźwięku, wybijając regularny - z każdą chwilą głośniejszy - rytm. Tłum zgromadzony dookoła zaczął powoli i równomiernie kołysać się na boki, nucąc pod nosem jakieś dziwaczne słowa. Trwało to kilkadziesiąt sekund, w czasie których chłopak zdążył nabawić się lekkiego strachu. Starał się jednak nie dawać tego po sobie poznać, tak jak zawsze przybierając maskę znudzenia i zobojętnienia. Czuł się także zobowiązany do dawania "otuchy" dwójce rodzeństwa, trzęsących się w tamtej chwili jak galaretki. W końcu, po przeciągającym się w nieskończoność czasie oczekiwania, werble natychmiast ucichły, a zebrani umilkli i skierowali wzrok na specjalne podwyższenie. Trójka skrępowanych więźniów również zerknęła w tamtą stronę, przyglądając się z wolna wchodzącemu na podwyższenie człowiekowi. Tutaj również wyobraźnia Walkera nieco się zagalopowała, gdyż uważał za przywódcę tego całego bagna jakiegoś staruszka w podeszłym wieku, opierającego się na lasce oraz ciągnącego za sobą kilometr brody. Jak więc można nazwać uczucie towarzyszące czarnowłosemu na widok praktycznie dzieciaka, prawdopodobnie kilka lat młodszego od niego samego, ubranego w przetarte ciemne jeansy oraz białą koszulkę z napisem "I'm a child of devil". Mimo tego wszystkiego zgromadzeni byli w niego wpatrzeni jak w najdroższy obrazek.
- Witam was, moje dzieci! - krzyknął, a Alex zaczął się zastanawiać, czy nie ma aby styczności z jakimś chłystkiem, który nie przeszedł nawet mutacji - Zebraliśmy się tutaj, aby nawrócić tę oto trójkę zbłąkanych dusz - w tym momencie wskazał na skrępowanych ludzi - i wprowadzić je na drogę wiodącą ku naszemu przewodnikowi, najdroższemu Loa.
Bębny ponownie rozpoczęły nową tyradę, a zgromadzony tłum znów zaczął śpiewać jakąś dziwaczną pieśń. Gdzieś w oddali ponownie rozległo się ujadanie psa, jednak to było nieco inne niż tamto obwieszczające obudzenie się chłopaka. Ogarnięty przez ciekawość, obrócił się w tamtym kierunku. Zobaczył niemal tego samego futrzaka co wcześniej. Różnica była jednak taka, że tamten pierwszy był nieco mniejszy oraz posiadał białą łatę na boku, nie wspominając o nienawiści wręcz wypływającej z jego oczu. Ten natomiast był praktycznie cały szary, a sama jego postura całkowicie wykluczała jakiekolwiek pokrewieństwo w stosunku do tamtego ujadacza. Na chwilę spojrzenia tej dwójki się skrzyżowały, a Midnight mógłby przysiądz, iż w oczach czworonoga ujrzał swego rodzaju współczucie. Niestety, w następnej sekundzie kontakt wzrokowy został przerwany przez nagłe szarpnięcie za smycz zwierzaka, który przestał szczekać. Zamiast tego podniósł pysk do góry i zaczął wyć, zupełnie jakby to był pogrzeb. I to zbiorowy. Czarnowłosy ponownie odwrócił się twarzą do - zapewne - Wielmożnego Xavier'a, kiedy ten ponownie doszedł do głosu:
- Pomóżmy im wrócić do naszej pierwotnej wiary, aby dalej nie błądzili i nie żyli bez Loa, wskazującego kierunek w naszym życiu! - Ponownie krzyknął, na co zgromadzony tłum odpowiedział mu jeszcze głośniejszym śpiewem oraz werblami.
Chłopak zauważył, że podobnie jak jego bliźniaczy sąsiedzi i inni w pomieszczeniu, zaczął regularnie kołysać się w rytm bębnów, powoli nucąc pod nosem nieznane dotąd słowa. Próbował przestać, jednak wszelkie próby okazały się być daremne. Jedyne, co był w stanie teraz zrobić, to rozejrzeć się dookoła. Pozostała dwójka klęcząca w centrum tego dziwacznego symbolu również robiła to samo co czarnowłosy z tą różnicą, iż oni mieli zamknięte oczy. Powieki Walkera także zaczęły nienaturalnie ciążyć, czego nie pozwolił nie zauważyć Wielmożny Xavier. Alex, na sekundę przed całkowitym utonięciem w mroku, zdołał zauważyć kpiarski uśmieszek na twarzy nastoletniego voodoo, za który najchętniej ofiarowałby mu prawego sierpowego. Jak na zawołanie ręka znów zaczęła go drażnić, lecz teraz ból ten był w miarę znośny. Podejrzewał więc, że ta dziwaczna ceremonia, której został poddany, powoli przestawała działać. Na nic się to jednak zdało, gdyż nie był w stanie chociażby kiwnąć. Powoli dawał się ponieść tej dziwnie uspokajającej muzyce, analizując brzmienie każdego z werbli. Jednak nim całkowicie zagłębił się w tym rytmie, po raz kolejny w pomieszczeniu można było usłyszeć przeciągłe wycie. Z początku przeszkadzało ono chłopakowi, lecz w końcu zauważył, iż ten smętny dźwięk odciąga jego uwagę od bębnów. Resztkami świadomości uczepił się tego głosu, dziękując za pomoc z niespodziewanej strony. Można przypuszczać, że trwało to ledwo kilka minut, lecz dla chłopaka sprawiało wrażenie nieskończoności. Nagle pies umilkł, powodując lekką dezorientację czarnowłosego. Nim jednak zdążył ponownie zatracić się w rytmie bębnów, one również przerwały swą tyradę. Wracając do rzeczywistości, uchylił lekko lewą powiekę, zerkając na bliźniacze rodzeństwo. Oboje wydawali się być odprężeni, powoli otwierając oczy wyrażające obojętność oraz melancholizm. Podobnie postąpił i czarnowłosy, w przeciwieństwie do nich posiadając zapewne choć mikrogram kontroli nad swoim ciałem. Zauważył także, iż uścisk krępujący ręce praktycznie zniknął.
- Proces oczyszczania dobiegł niemal końca! - ponownie krzyknął Wielmożny Xavier, a całe zgromadzenie utkwiło w nim wzrok, z trójką pośrodku włącznie - Aby przyjąć naszych nowych braci i siostrę, ofiarujmy im dar Loa, nasz pokarm otrzymany od najlepszego i jedynego przywódcę!
W odpowiedzi znów rozległy się bębny, a z tłumu wyszedł jakiś mężczyzna z małym pudełkiem w dłoniach. Zatrzymał się przed nastolatkiem, uchylając wieko skrzyneczki, przy okazji ukazując jej zawartość. Znajdowały się w niej... strzykawki wypełnione podejrzanym, błękitnym płynem. W dobie werbli, przewodniczący voodoo sięgnął po jedną z nich, następnie podchodząc do dziewczyny.
- Przyjmij dar Loa. Od dzisiaj nazywać się będziesz Malo.
Kilka sekund później odkładał już pustą strzykawkę, a szyja jego ofiary została przyozdobiona o małą plamkę krwi w tym samym miejscu, co gardło Wróbla. W czasie, kiedy sylwetka dziewczyny wygięło się w łuk, Wielmożny Xavier chwycił jej twarz i zmusił do spojrzenia w jego stronę. Chwilę później puścił ją, na co ta upadła niemal natychmiast. Jej ciało zaczęło nienaturalne drżeć, a szeroko otwarte oczy tracić żywą barwę, powoli zastępowaną przez nic niewidzący błękit. Trwało to ledwo minutę, w czasie której podobny los podzielił jej brat bliźniak, przyjmując miano "Ognista Strzała". W końcu nadeszła kolej czarnowłosego, dalej nie posiadającego żadnego planu działania. Jednego, czego był pewien to to, że z pewnością nie chce tego czegoś w sobie.
- Przyjmij dar Loa. - powiedział Wielmożny Xavier, przykładając igłę do szyi chłopaka - Od dzisiaj nazywać się będziesz Nocna Gwiazda.
Nim jednak igła zdążyła przebić jego skórę, ten wstał gwałtownie i wytrącając strzykawkę z rąk nastolatka, rzucił:
- Wybacz, ale nie przemawia do mnie zostanie czyimś sługusem. Poza tym, marny byłby ze mnie poddany, bo jak widać mam jeszcze resztki rozumu.
Na reakcję nie trzeba było długo czekać. Przewodniczący voodoo rzucił się w stronę chłopaka, próbując... No właśnie. Nie wiadomo, o czym myślał zmierzając w kierunku Walkera, gdyż wręcz wskoczył na niego z pustymi rękoma. Starszy zrzucił go z siebie jednym ruchem dłoni, przyglądając się następnie wstającemu z podłogi nastolatkowi, wydającym po chwili komendę zgromadzonemu tłumowi dotyczącą złapania Alex'a. Sam natomiast skierował się w stronę skrzyneczki z zapasem strzykawek. Czarnowłosy próbował szybko ocenić sytuację, co było dość trudne zważywszy na nadbiegający tłum. Do grupy dołączyło także rodzeństwo, patrząc na niedoszłego wspólnika niewoli z obojętnością wymalowaną na twarzy. Gdzieś w tłumie znów dało się słyszeć szczekanie psa, lecz wnet zostało ono uciszone. Nie przejmując się tym za bardzo, zwrócił uwagę na leżący nieopodal przedmiot jego nieudanego zniszczenia. Płyn leniwie przelewał się w szklanej tubce, przypominając proces "opętania" i formułując w głowie plan. Chłopak biegnąc zabrał strzykawkę z ziemi, po czym rzucił się w kierunku Wielmożnego Xavier'a. Ten, nie zdający sobie z tego sprawy, ciągle podążał powolnym krokiem w stronę jakby zastygłego w bezruchu faceta ze skrzyneczką. Nim jednak zdążył chociażby sięgnąć po którąś z igiełek, w jego własną szyję wbiła się ich przyjaciółka ze słowami:
- Jak to się mówi, jak ty komu, tak on tobie. Wybacz dzieciaku, ale nie miałem zamiaru być kolejnym ludzkim zombie. Nie byłoby mi z tym do twarzy.
W odpowiedzi jego ciało wygięło się podobnie jak wcześniej sylwetka dziewczyny, a czarnowłosy postąpił tak jak przywódca voodoo, zmuszając go do spojrzenia w jego stronę. Przez zaledwie kilka sekund wpatrywał się w opuszczający jaskrawoniebieski kolor tęczówki, gdyż chwilę potem został przewrócony na ziemię przez zapewne - sądząc po zapachu i wadze - Wróbla. Pusta strzykawka rozbiła się na ziemi, a płuca chłopaka zaczęły domagać się o nową porcję powietrza, a czarnowłosy z chęcią spełnił tą prośbę. Z lekkim trudem zrzucił z siebie ten ciężar, wstając możliwie najszybciej na nogi. Przelotnie zerknął na wijące się ciało nastolatka, które po chwili znieruchomiało. Nie miał jednak czasu sprawdzić co z nim, ponieważ miejsce bruneta zajął brat bliźniak pechowej dziewczyny, w dłoniach trzymając jakiś patyk czy pałkę, łudząco podobną do tego przeklętego kija. Od czarnowłosego dzieliło go ledwo kilka metrów, gdy pod uniesioną w geście zadania ciosu ręką starszego z nich przebiegła szara smuga. W następnej sekundzie marionetka voodoo leżała już na ziemi, przyciskana do podłogi przez tego dziwnego psa. Alex mimowolnie uśmiechnął się w jego stronę, kierując wzrok na następnego potencjalnego przeciwnika. Ten również posiadał podobną broń jak tamten z tą różnicą, iż tym razem czarnowłosy miał styczność z siostrą chłopaka. Szybko odskoczył na bok, unikając uderzenia. Jednocześnie wpadł jednak w ręce tłumu, który dość skutecznie unieruchomił go i pozwolił dziewczynie na dokończenie dzieła. Co gorsza - przynajmniej dla chłopaka - celowała niżej niż wcześniej. O wiele niżej. W porę zauważył jednak powoli wstającego z ziemi Wielmożnego Xavier'a, toteż nie zwlekał ani chwili dłużej. Teraz się okaże, czy plan zadziałał.
- Młody! - kiedy ten zerknął w jego stronę, dodał - Bądź tak miły i powiedz tym niedorozwojom, żeby zostawiły mnie w spokoju. Już.

~~~~~~~^^~~~~~~~

Chłopak westchnął z irytacją, spoglądając z rezygnacją na dziewczynę:
- Ile razy mam ci tłumaczyć, że ten chłystek sam zrobił dragi, które potem regularnie podawał tym ludziom, aby ci nie zostawili go samego? Nie mam pojęcia, czy cierpiał na samotność czy po prostu nie miał kim rządzić, ale jednego jestem pewien - życia to on już w osadzie mieć nie będzie. Ja sam mam ogromną ochotę przywalić mu w twarz za to naszprycowanie mnie podczas nieprzytomności jakimiś halucynkami czy coś w ten deseń. Tak więc wybacz, ale ten smarkacz we mnie wsparcia nie znajdzie.
Katelyn w odpowiedzi pokręciła lekko głową, ponownie zwracając się do czarnowłosego.
- Jeszcze nie wiem, co z nim zrobić. Na razie siedzi w areszcie, a droga sądowa jest dość długa, tak więc wątpię, by szybko z tego wyszedł.
Alex ponownie oparł czoło o dłonie, podobnie jak przez kilka ostatnich dni miał w zwyczaju. Mimo iż od tamtych wydarzeń minął niemal cały tydzień, on nadal pamięta wszystko tak dobrze, jakby to było wczoraj. Wyprowadzenie z piwnic starego budynku całej tej zgrai marionetek, osobiste zaprowadzenie ich do medyków, by na zakończenie standardowo iść powkurzać nieco przywódczynię i jej dwa futrzaki. Nim jednak dotarł na miejsce, został ponownie oddelegowany do pozostawionej wcześniej grupy w celu "odtrucia".
- Gdyby nie to wszystko, młody mógłby zostać dość dobrym chemikiem albo coś w tym rodzaju. Podobno te jego dragi nie uzależniały, a efekty działania zanikały dopiero po kilku dniach. - Rzucił czarnowłosy, czytając etykietę ze składnikami pitego właśnie przez niego napoju gazowanego w puszce.
Ciemnowłosa nie zdążyła odpowiedzieć, gdyż w tamtym momencie z pokoju obok dało się słyszeć jedyne i niepowtarzalne miauczenie Tekliusz, która w następnej chwili znalazła się na kuchennym stole. Przy okazji omal nie wytraciła ona napoju z dłoni Walkera, kwitującego jej zachowanie cichym przekleństwem wypowiedzianym pod nosem. Powód takiego zachowania kota zaraz po niej wpadł do kuchni, szczekając radośnie i przy okazji przewracając pobliskie krzesło, biegnąc w stronę chłopaka.
- Jeszcze nikt się po niego nie zgłosił? - zapytał gość dziewczyny, drapiąc futrzaka na uchem, co najwyraźniej mu odpowiadało, bo się nie odsunął.
Przywódczyni pokręciła przecząco głową, próbując uspokoić zdenerwowaną i przestraszoną kotkę. Jak na razie nie otrzymała jednak zamierzonego efektu.
- Nie. Tamten był własnością jednej z ofiar tego pseudo voodoo. Podobno jemu też wstrzyknął ten środek, dlatego był taki agresywny. Po tego tutaj nikt się jednak nie zgłasza, a według zeznań innych pojawił się jakby znikąd kilka dni przed twoim przybyciem. Chociaż nie mam pojęcia, co on tu robi. Zamknęłam go przecież w pokoju na piętrze, więc teoretycznie powinien tam siedzieć. Przynajmniej po południu tam jeszcze był. Tekliusz jakoś go nie znosi.
Po tych słowach zaległa cisza, w czasie której Alex zabrał ręce i ponownie próbował wrócić do picia napoju. Nim jednak zdążył chociażby tknąć puszkę, pies wsunął łeb pod jego rękę i oparł przednie kończyny o krzesło. Westchnąwszy głęboko, porzucił zamiar dokończenia gazowanego szczęścia na rzecz drapania sierściucha za uchem. Odwrócił się na krześle w stronę psa, co ten wykorzystał kładąc łapy na jego kolanach. Na twarz czarnowłosego mimowolnie wpełzł uśmiech, który na jego nieszczęście zauważyła gospodyni.
- Słuchaj, skoro nikt się po niego nie zgłasza, a ja nie mam ręki do psów, ciebie lubi i tak dalej, może tak byś...
- Zajął się nim? - przerwał jej, dokańczając jednocześnie za nią zdanie - Nie ma mowy. Ja też nie mam ręki do zwierząt. Śnieżynka może potwierdzić.
Dziewczyna westchnęła przeciągle, mocniej przytulając roztrzęsioną kotkę do siebie.
- Alex, błagam. Nie dam rady zajmować się i kotami, i psem jednocześnie. Poza tym, on w ogóle mnie nie słucha, a do ciebie... No sam widzisz. Nie daj się prosić. Zrób to dla mnie. Zrób to dla Tekliusz.
W tamtym momencie uniosła do góry tego pupilka Lucyfera, miauczącego na widok dwójki po przeciwnej stronie stołu. Ci jednocześnie spojrzeli w tamtym kierunku, co wywołało rozbawienie u ciemnowłosej. Walker pokręcił głową z dezaprobatą ponownie zerkając na psa, co okazało się być fatalnym pomysłem mającym wpływ na jego przyszłość.
- Zgoda. Ale jeśli ktoś się po niego zgłosi, od razu go oddaje. I nie myśl sobie, że przekonałaś mnie ty czy też ten kot. Ten pies jest... bardzo przekonujący.
Skończywszy mówić, sięgnął jedną ręką po puszkę i dopił końcówkę w kilku łykach. Następnie wstał, zrzucając z siebie psa i kierując się w stronę wyjścia. Tam zatrzymał się z dłonią na klamce, spoglądając na stojącą w kuchennej futrynie Katelyn z Tekliuszem na rękach oraz obserwującym każdy ruch czarnowłosego psem.
- Jak się wabi? Chyba nie jest jeszcze świadomy tego, jaka katorga go wkrótce czeka. Albo jest i dlatego stoi jak słup.
Dziewczyna spuściła wzrok na psa, zapewne podobnie jak chłopak zastanawiając się, co też siedzi w głowie tego futrzaka.
- Tam wołali na niego Rex, lecz w ogóle na to nie reaguje. Tak więc masz pole do popisu.
Walker przechylił lekko głowę, odwzajemniając czworonogowi to uważne spojrzenie. Ciągle nie mógł uwierzyć w to, w jakie bagno się wpakował, jednak...
- Katorga zacznie się od imienia. Niestety mam słabość do tych na literę A, tak więc nie zdziw się za bardzo, kiedy jutro usłyszysz, jak wołam na niego Adam albo coś w tym stylu.
Przywódczyni odpowiedziała mu gromkim śmiechem, gładząc kotka po łepku. W jego wzroku dało się zobaczyć zadowolenie na widok wychodzącego chłopaka, tym bardziej przewidując dalszy rozwój zdarzeń. Alex przestając obserwować towarzysza Katelyn zerknął na psa, kiwając głową w stronę drzwi jednocześnie nie spuszczając wzroku z czworonoga. Ten dobrze zinterpretował ten gest, obwieszczając to całemu światu wesołym szczeknięciem oraz radosnym merdaniem ogonem. Midnight przewrócił oczami, mimo to ponownie się uśmiechnął, wołając za biegającym już po ulicy futrzakiem:
- Hej, wracaj tu! Jeszcze mi tego brakowało, żeby cię gonić po całej osadzie. Kat pękłaby chyba ze śmiechu.
Zwierzak w odpowiedzi ponownie dał głos, biegnąc w stronę Walkera. Chwilę później przygważdżał go do ziemi, podobnie jak tydzień wcześniej Wróbla. W przeciwieństwie jednak do tamtej sytuacji, teraz pies przyglądał się uważnie czarnowłosemu i usłużnie zszedł z niego, kiedy ten próbował się podnieść. Człowiek szybko usiadł, podnosząc gwałtownie rękę w kierunku pyska czworonoga, na co ten jakby odruchowo się skulił. Chłopak zmrużył lekko oczy, w myślach zapisując sobie, by poznać osobę maltretującą w przeszłości tą istotę, dzięki której ciągle był świadomym wszystkiego człowiekiem. Takie odruchy nie są bowiem naturalne.
- Mówiąc wracaj nie miałem na myśli rzucenie się w moją stronę... O Boże, gadam do psa. Czy wszystko ze mną w porządku? - zapytał, na co czworonóg szczeknął radośnie, ponownie podrapany za uchem - To chyba brzmiało jak potwierdzenie. Cóż, już wcześniej to podejrzewałem, ale nie chciałem się z tym pogodzić. No dobra, imię Rex ci się chyba nie podoba, no nie? Mnie w sumie też. Trzeba ci więc wymyślić inne, bardziej oryginalne. I wybacz, ale innego niż na literę A nie dostaniesz. Z przykrością stwierdzam więc, że zasób mojego słownictwa imiennego jest dość ubogi.
Futrzak ponownie zamerdał wesoło ogonem, zupełnie jakby miał gdzieś, jak chłopak go nazwie. Ten natomiast ciągle się zastanawiał, jakim cudem jeszcze nie oddał tego psa.
- Azora mieć nie chcę, Aniołkiem cię nazwać nie mogę... Coś wymyślę, daj mi chwilkę.

---

Dopisek od autora: Z możliwości posiadania dodatkowego towarzysza skorzystam później. Co się tyczy jakości questa, najmocniej przepraszam za to masło maślane. Jeśli chodzi o długość... Chciałam podzielić to na dwie części, ale tak jakoś wyszło, że nie podzieliłam xd

poniedziałek, 6 marca 2017

Od Senilli, Quest na zmiennokształtność

Obudziłam się rano z dziwnym odczuciem. Coś było nie tak. Coś było inaczej. Stwierdziłam w duchu, że to pewnie tylko jakieś głupie odczucie, które towarzyszy mi tylko ze względu na to, że dopiero się obudziłam. Potrząsnęłam głową próbując odpędzić te głupie myśli. Założyłam na nogi moje miękkie, seledynowe kapcie i ruszyłam do łazienki.

***

Gdy już umyłam się i ubrałam, wyszłam na zewnątrz. Pogoda była wspaniała. Wiał lekki, ciepły wiaterek a z nieba zerkało ciepłe słońce. Przysiadłam na ławce, by napawać się jego ciepłem. Z rozkoszy zamknęłam oczy. Nawet nie zauważyłam, kiedy podszedł do mnie Tsugi.

-Cześć Senilla. Wiesz, że Katelyn o ciebie pytała? Chyba ma ważną sprawę do ciebie. - usłyszałam głos blond włosego chłopaka. Otwarłam oczy i uśmiechnęłam się do niego.

-Dzięki. Zaraz do niej pójdę. - wstałam powoli z ławki i ruszyłam niespiesznym krokiem w stronę domku Katelyn. Idąc podziwiałam piękne kwiaty rosnące dookoła, jak i motyle, które latały w tę i z powrotem. Szłam ścieżką ułożoną z najróżniejszego pokroju kamyków. Domek Katelyn nie był zbyt wysoki. Zrobiony był z klonowego drewna. Miał kilka okienek, dziś uchylonych, by świeże powietrze dostało się do wnętrza domku. Dach pokrywała ruda dachówka. Podeszłam do drewnianych drzwi i delikatnie zastukałam.

-Proszę! - usłyszałam miękki głos Katelyn ze środka. Nacisnęłam klamkę i uchyliłam drzwi, by wejść do środka. Starodawny, piękny hol jak zawsze zrobił na mnie duże wrażenie. Przeszłam przez niego do pokoju obok. Przy stole siedziała Katelyn i coś pisała. Gdy weszłam, podniosła wzrok i posłała mi słaby uśmiech. Odwzajemniłam uśmiech, tyle, że mój był odrobinę weselszy. Katelyn wyglądała na zmartwioną czymś.

-Hej, Senilla. Tsugi przekazał ci, że chciałam się z tobą widzieć, tak? - tak, teraz już napewno widziałam, że coś ją martwi. Ton jej głosu na to wskazywał.

-Hej Katelyn. Tak, spotkałam Tsugiego. Dlaczego chciałaś się ze mną widzieć? - zapytałam nieśmiało. Ciekawiło mnie, co się stało. I czy to dotyczy mnie.

-Tak właściwie, to mam do ciebie dwie sprawy. Na początku powiem, że z pewnych doniesień wiem, że po wschodniej stronie grasuje intruz. Chciałabym, żebyś sprawdziła czy to prawda i wrazie czego pozbyła się go z naszego terytorium. Zajmiesz się tym?

-Chętnie, ostatnio nie mam nic do roboty. - wzruszyłam ramionami, gdyż ostatnio naprawdę nie miałam co robić. Czemu by nie? - A ta druga sprawa?

-Już mówię. Ale nie jestem pewna, czy będziesz chciała się za to wziąć. Otóż w naszej okolicy ostatnio krąży morderca - wzdrygnęłam się na myśl o tym - Moi informatorzy donoszą, że zabił już trzy osoby i porwał piątkę. Czy mogłabyś go znaleźć i rozwiązać tę sprawę? - spytała Katelyn niepewnie, zauważając moją reakcję na wzmiankę o mordercy. Ja jednak postanowiłam mimo wszystko się za to wziąć, poczuć trochę adrenaliny we krwi.

-Zajmę się tym. - powiedziałam z mocno wyczuwalną pewnością siebie w głosie.

-Cieszy mnie to. Zaraz poszukam wszystkich informacji na ten temat. - powiedziawszy to, zaczęła szukać czegoś wśród papierów znajdujących się na biurku.

***

Dwadzieścia minut później szłam już w stronę swojego domu przeglądając informacje zgromadzone o mordercy i intruzie. O obu nie wiele było wiadomo. Zdążyłam dojść do mojego domku. Weszłam do środka, zdjęłam buty i położyłam się na łóżku uważnie studiując informacje. Wzięłam kartkę z napisem "intruz-wschodnia granica" i zaczęłam czytać tych kilka skromnych informacji. Nie wiedziano o nim nic więcej jak tylko, że kradnie jedzenie. Głównie mięso. U dołu kartki znalazłam jeszcze notkę, że widziano go w czarnym płaszczu (a raczej widziano sam skrawek płaszczu na skraju lasu) kiedy uciekał. Zastanowiło mnie to, że nikt nie widział go jeszcze w całości. "Musi mieć duże zdolności" - pomyślałam. Wzięłam drugą kartkę przeznaczoną na informacje o mordercy. Również były ubogie, jednak było ich więcej, niż w przypadku tajemniczego intruza. Na imię mu było Alstrain, jednak znano go było również pod pseudonimem Salazar. Był to czarnowłosy mężczyzna mający około trzydzieści pięć lat, z krótką brodą. Był średniego wzrostu, a jego szare oczy były podobno nie przeniknione. Na kartce widniała również dana mi wcześniej przez Katelyn informacja, że zabił on trzy osoby i porwał pięć.

Kończąc czytanie pomocnych informacji, postanowiłam spakować potrzebne rzeczy i od razu wybrać się na przeczesywanie terenu. Był około kwadrans po dwunastej. Do szaro-zielonego plecaka włożyłam kanapkę z dżemem wiśniowym, lornetkę, kompas i zapałki. Zarzuciłam plecak na ramię i ruszyłam w kierunku miejsca, gdzie widziano ostatnio mordercę według danych mi informacji. W ciszy panującej dookoła obmyślałam plan działania. Pomyślałam o tym, by iść najpierw na targ i popytać innych ludzi. "Nie, to zły pomysł. Nikt nie będzie chciał nic powiedzieć, a wręcz przeciwnie, ludzie nabiorą podejrzeń co do mnie” – pomyślałam obmyślając nowy sposób. Wpadłam na pomysł, by wieczorem iść do baru – za kilka złotych monet barman na pewno coś powie. „Teraz pójdę poobserwować okolicę, może zauważę coś ciekawego” – postanowiłam. Przystanęłam się, mocno skupiłam, wyobrażając sobie konkretne miejsce w lesie, tuż przed wejściem na targ. Mając nadal zamknięte oczy, wyciągnęłam przed siebie prawą rękę i powoli zatoczyłam nią koło w powietrzu. Powtórzyłam ten ruch trzy razy. Następnie moja ręka powędrowała z dołu do góry, jakbym chciała przesunąć nią coś niewidzialnego dla innych. I rzeczywiście, tak było. Przede mną ukazał się jasno połyskujący portal. Mienił się jasnym błękitem i śnieżnobiałą barwą, który zlewały się w jedną całość. Zrobiłam powolny krok w tę jasną otchłań, która wciągnęła mnie w siebie. Prawie natychmiast znalazłam się w wybranym przez siebie miejscu. Odnalazłam małą ścieżynkę i po paru minutach wyszłam z lasu. Moim oczom ukazały się tłumy ludzi i wiele kolorowych straganów. Podeszłam do pierwszego z nich i udając, że oglądam krwistoczerwone, soczyste jabłka, zaczęłam przysłuchiwać się rozmowie dwóch przekupek. Ku mojemu rozczarowaniu, nie rozmawiały o niczym, co mogłoby mi się przydać. Kupiłam jedno jabłko i ruszyłam dalej przez targ, pogryzając je sobie. Przystanęłam przy straganie z wszelkiego rodzaju kantarami, siodłami, ubraniami i ogólnym sprzętem jeździeckim. Tęskniłam za jazdą konną, bo ostatnim razem konno jeździłam w starym miejscu, gdzie nikt za mną nie przepadał. Przerwałam swoje rozmyślania, bo usłyszałam coś, co przykuło moją uwagę. Dwaj mężczyźni, sprzedawca sprzętu jeździeckiego i jeszcze jeden, wyglądający również na koniarza rozmawiali właśnie przyciszonymi głosami o grasującym po okolicy mordercy.

-…już ci mówiłem, to na pewno on. Nikt inny w ostatnich czasach nie… nie porywa ludzi – tę ostatnią frazę wypowiedział tak cicho, że jego rozmówca ledwo ją dosłyszał, zupełnie jak ja. Zrobił krzywą minę, a ja nadstawiłam uszu – moja Anabelle… Biedna dziewczynka... Mam nadzieję, że nic jej nie jest… - mówiąc to, o mało się nie rozpłakał. Przysłuchiwałam się rozmowie jeszcze przez kilka chwil, jednak poszłam dalej, by nie wzbudzać podejrzeń.

Po dwóch godzinach krążenia po targu, który zdążyłam obejść wzdłuż i wszerz po kilka razy, postanowiłam wrócić na skraj lasu. Usiadłam w cieniu pod drzewem i wyjęłam moją kanapkę z dżemem z plecaka. Ugryzłam kęs rozkoszując się słodkim smakiem dżemu wiśniowego. Przymknęłam oczy. Był taki pyszny… Posiedziałam tak trochę rozmyślając o tym, czego dzisiaj udało mi się dowiedzieć. Myśląc tak, naszkicowałam to, co widziałam na horyzoncie. „Nieźle” – pomyślałam patrząc na swój rysunek. I tak zbliżała się już szesnasta. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi. Pora wracać – uświadomiłam sobie. Stwierdziłam też, że teraz zamiast używać portalu, przejdę się. Spacery zawsze dobrze mi robią. Ruszyłam ścieżką między drzewami. Nagle usłyszałam, że ktoś się zbliża. Nie, nie zbliżał się powoli. Biegł. Bardzo szybko. Wyraźnie słyszałam jego dyszenie. Ten ktoś, kto biegł, nie patrzył przed siebie. Był już tuż przy mnie. Nawet nie zdążyłam odskoczyć. Z impetem uderzył we mnie, a ja poleciałam w krzaki. Mój plecak poleciał o dwa mery dalej i wyleciał z niego rysunek. Ten, kto we mnie wpadł, najwyraźniej musiał się szybko pozbierać, bo po chwili był już przy mnie.

-O nie, przepraszam. Niezdara ze mnie… - podniósł wzrok na moją twarz i zawahał się. Nie znałam go. Był dość wysokim, blondwłosym, młodym chłopakiem o łagodnych rysach twarzy. Ponadto wyglądał, jakby coś go przestraszyło, gdy mnie zobaczył.

-Coś nie tak? Mam błoto lub gałązki we włosach? – zapytałam i zaczęłam sprawdzać ręką swoje włosy.

-Nie nie, po prostu… Po prostu jesteś taka ładna… - zdziwiłam się. Nigdy nikt mi tego nie powiedział. Chłopak delikatnie się uśmiechnął i pomógł wciąż oszołomionej mnie wstać. Chciałam pójść po mój plecak, jednak złapał mnie za rękę.

-Poczekaj, to moja wina. To ja w ciebie wpadłem, zaraz ci go przyniosę. Naprawdę przepraszam. – kocimi ruchami doskoczył do plecaka, wziął też rysunek i wrócił do mnie wręczając oba przedmioty.

-Ładnie rysujesz. – powiedział uśmiechając się szelmowsko.

-Dziękuję… - jedyne, co mogłam powiedzieć, to „dziękuję”. Wciąż byłam w ogromnym szoku i nie byłam w stanie wydusić nic więcej.

-Jeszcze raz przepraszam, że na ciebie wpadłem. Wybaczysz mi? – zapytał i spojrzał na mnie szarymi jak kamienie oczyma, jednak tak uroczymi, iż nie mogłam mu nie wybaczyć.

-Okej, nie ma sprawy… Gdzie się tak spieszyłeś? – teraz to ja zadałam pytanie, a on wydawał się odrobinę zbity z tropu, jednak szybko się zreflektował i nie dał tego po sobie poznać. Jednak mi ta jedna sekunda wystarczyła, by to zauważyć. Postanowiłam jednak udawać, że tego nie widziałam.

-Eee…- zawahał się chwilowo – Mogę ci zaufać? – spojrzał mi prosto w oczy. Pokiwałam potwierdzająco głową – No więc… Ukradłem kilka śliwek z targu. – z ubolewaniem wypisanym na twarzy spojrzał na mnie. – Nie miałem co jeść. – widać było, że trudno mu się do tego przyznać.

-Rozumiem cię. – powiedziałam zgodnie z prawdą. Uśmiechnął się z ulgą.

-Może… Może chciałabyś… Jeszcze kiedyś spotkać się i pogadać…? – niepewnie zapytał. Byłam wniebowzięta.

-Chętnie – odpowiedziałam z nieśmiałym uśmiechem.

-To może… Jutro, w południe, tutaj? – nie przestawał się delikatnie uśmiechać.

-Okej. – odpowiedziałam już zniecierpliwiona czekaniem na to spotkaniem. – To… Do jutra – uśmiechnęłam się odrobinę odważniej.

-Do zobaczenia – pomachał mi. A ja, cała w skowronkach, ruszyłam w drogę powrotną do domu.

***

Cały wieczór leżałam w łóżku i nie mogłam przestać o nim myśleć. Rozmyślałam też o tym mordercy, ale moje myśli bezwiednie uciekały do niego. Postanowiłam, że do karczmy pójdę kiedy indziej.

Rano obudziłam się z myślą o dzisiejszym spotkaniu z tym tajemniczym cud-chłopakiem. Ubrałam się w niebieską, zwiewną sukienkę, gdyż było dzisiaj wyjątkowo ciepło. Założyłam do tego naszyjnik i bransoletkę ze srebra, a włosy rozpuściłam i rozczesałam szczotką. Gdy była już za pięć dwunasta, otworzyłam portal prowadzący trochę dalej niż do miejsca, w którym mieliśmy się spotkać (nie chciałam na razie ujawniać, że posiadam jakieś moce) i znalazłam się w lesie. Doszłam do miejsca, w którym się umówiliśmy. On już tam był. Stał oparty o drzewo. Serce zabiło mi szybciej.

-Hej – powiedział. – Pięknie wyglądasz… Nigdy nie widziałem piękniejszej dziewczyny – powiedział uśmiechając się szelmowsko. Ja zarumieniłam się ogromnie, zasypana komplementami.

-Dziękuję. Ty też wyglądasz wspaniale – powiedziałam. Chłopak miał na sobie czarne jeansy i czerwoną flanelową koszulę w czarną kratkę.

-Ale ty o niebo lepiej – ja znów spiekłam raka, a on tylko się uśmiechnął. – Wybacz, ale przez to wczorajsze zamieszanie nawet nie zapytałem o twoje imię. Nie przedstawiłem się też. Jestem Mike. Jak tobie na imię?

-Senilla. – uśmiechnęłam się delikatnie. Odpowiedział mi wspaniałym uśmiechem.

-Mhm… Senilla. Piękne imię.

-Dziękuję. – powiedziałam. Byłam już tak zarumieniona, że bardziej się nie dało.

-Może opowiesz mi coś o sobie? – zapytał.

-Okej. – powiedziałam.
Przysiedliśmy na pniu zwalonego drzewa i zaczęliśmy rozmawiać.

Zakończyliśmy rozmowę dopiero o zmierzchu. Mi jeszcze było mało. Mike był wspaniały. „Chyba się zakochałam” – przeszło mi przez głowę, gdy wracałam.

***

Przez kolejne trzy dni spotykałam się z Mike'iem. Zupełnie zapomniałam o tym, że miałam iść do karczmy. Stwierdziłam, że Katelyn nie będzie zadowolona, kiedy nie zrobię nic w tej sprawie. Tego wieczoru postanowiłam się tam wybrać. Rozmowa z barmanem była krótka, ale dała mi dużo. Wskazał mi miejsce, gdzie bywał ostatnio Salazar. Stwierdziłam, że wybiorę się tam za jakiś czas. Według moich informacji Salazar bywał tam w środy, a dziś sobota. "Będę miała więcej czasu dla Mike'a..." - rozmażyłam się. Chyba już oficjalnie byliśmy razem. Rzecz jasna, nikt oprócz nas o tym nie wiedział. Wróciłam do domu, by zasnąć jak najszybciej. Chciałam, żeby już było jutro. I moje marzenie się spełniło. Obudziałam się rano. Szybko się ubrałam. Zaraz miałam się spotkać z moim ukochanym. I tak było.
Byliśmy już w lesie. Ja, jak zawsze byłam zauroczona jego widokiem. Byłam zakochana na maksa. "Czyli jednak miłość istnieje?" - mówiłam sama do siebie w myślach, gdy myślałam o moim chłopaku.
-Wiesz, chciałbym cię dzisiaj zabrać w pewne miejsce. Co ty na to? Chcesz ze mną iść? - uśmiechnął się tak uroczo, że nie mogłam odmówić.
-Oczywiście. Z tobą zawsze. - odpowiedziałam słodkim głosem. Szliśmy razem w głąb lasu. Nie widziałam nic prócz drzew.
-Teraz zakryję ci oczy, bo chcę zrobić ci niespodziankę, dobrze? - powiedział. Przytaknęłam. Położył mi dłonie na powiekach.
-Poprowadzę cię, przy mnie jesteś bezpieczna... - szepnął mi delikatnie do ucha, poczułam jego chłodny oddech. Serce zabiło mi szybciej.
Szliśmy przez jakiś czas przez las. Potem słyszałam jak gdyby dźwięk otwierania drzwi. Zaslrzypiały. Nie myliłam się, zaraz poczułam pod nogami drewnianą podłogę. Potem znów skrzypnięcie drzwi. W tym momencie świat odwrócił się o dziewięćdziesiąt stopni. Mike wziął mnie na ręce. Moje serce znów szalało. Schodziliśmy po schodach w dół. W pewnym momencie postawił mnie twardo na ziemi.
-Możesz otworzyć oczy...- usłyszałam jego głos. Ale to nie był głos Mike'a, którego znałam. Przeszedł mnie dreszcz. Głos był szorstki i zimny. Otwarłam oczy. W pokoju było ciemno. Wokół mnie nie było widać niczego.
-M-mike...?- zapytałam słabym głosem jąkając się. Usłyszałam szyderczy śmiech przeszywający chłodem. Nogi się pode mną ugięły.
-Haha...-usłyszałam ten sam głos - Nie tego się złotko spodziewałaś, prawda...? - głos niósł się echem. Pokój musiał być duży. Wyczułam też szklaną posadzkę za ziemi. Wtedy ktoś pstryknął i zapaliły się pochodnie. Przy ścianie okrągłej, dużej sali stał mój teraz już były chłopak. To do niego należał ten głos. Ja, z uginającymi się ze strachu nogami stałam pośrodku sali.
-Mówi ci coś może... - niosący się echem głos kontynuował swoją wypowiedź. Z każdym słowem obawiałam się coraz bardziej - imię... Salazar? - o mało nie zemdlałam. Chciałam coś powiedzieć, ale głos uwiąz mi w gardle. Widząc moją reakcję Mike, a raczej domyślałam się już kto (choć nie mogłam uwierzyć, że to mój słodki i uroczy chłopak) zaśmiał się jeszcze donośniej.
-Widzę, że słyszałaś o mnie. - teraz już miałam pewność. "Boże, jak mogłam go pokochać" - pomyślałam w bezgranicznym strachu.
-A-ale... Przecież... Przecież Salazar... Salazar tak...
-Salazar tak nie wygląda, hmm? - przerwał mi grubiańsko. -Oh, od czego ma się swoich ludzi. Za coś im płacę... Na przykład za to, że udają mnie i rozpowrzechniają nieprawdziwe o mnie informacje! - znów wybuchł donośnym śmiechem, jeszcze głośniejszym, niż dotąd. I jeszcze bardziej przerażającym.
-Czego ode mnie chcesz? - zapytałam słabym głosikiem.
-Chcę twojego bólu. Chcę twojego cierpienia. - z każdym słowem jego uśmiech poszerzał się, a w oczach dało się dostrzeć coraz bardziej chorego i obłędnego szaleństwa - Chcę twojej krwi. - nie brzmiało to jak zdanie wypowiedziane przez człowieka, ale jak warknięcie wilka. Nawet nie zauważyłam, kiedy rzucił się na mnie jak zwierze. Ledwo zdążyłam rzucić się w bok. Trafiłam ręką w coś ciężkiego i twardego. Bardzo zabolało. Ale nie miałam już czasu. Musiałm znów rzucić się w inną stronę, by Salazar mnie nie złapał. Obróciłam się i zobaczyłam trzy rzeczy. Pierwsza - Salazar miał w rękach na oko dwa tuziny noży. Druga - w jego oczach szaleństwo nie znało granic. Trzecia - on zaraz będzie przy mnie. Znów odskoczyłam. Ale tym razem już nie miałam tyle szczęścia. Trafiłam głową w ścianę. Salazar szybko do mnei dopadł i przygwoździł mnie za ubranie kilkoma nożami do podłogi. Zaczęłam wrzeszczeć. Salazar zaniósł się śmiechem. Wywinął wielkim tasakiem w powietrzu i przyłożył mi go do gardła. Zebrałam w sobie siły. Sięgnęłam ręką po coś ciężkiego i resztką sił zamachnęłam się próbując się uwolnić. Miałam szczęście. Walnęłam go prosto w głowę.
-Ty szmato! - wrzasnął. Oderwał mnie od noży wbitych w ziemię. Pociągnął jak wór kartofli, otworzył jakieś drzwi i wrzucił mnie tam. Poturlałam się po schodach. Byłam bardzo zmęczona i obolała.
-Żyje jeszcze? - usłyszałam jakiś cichy szept.
-Oddycha. Popatrz. - odpowiedział inny. Wystraszyłam się i skuliłam natychmiast.
-Nie bój się - powiedział ktoś szeptem.
-Wooodyyy... - wyharczałam. Ktoś podetknął mi kamienną miseczkę z zatęchłą wodą. "Lepsze to niż nic" - pomyślałam. Odwrócono mnie na plecy. Zobaczyłam twarze dwóch mężczyzn i trzech kobiet. Podiosłam się powoli. Ramię było bardzo obolałe.
-Mocno cię poturbował? - spytała jedna z kobiet.
-Nie jest najgirzej... - odpowiedziałam.
-To wy jesteście tymi porwanymi? - zapytałam nieprzytomnie.
-Oh, tak można to nazwać. Chyba przyjdzie nam umrzeć razem. Ja jestem Flick, to Anabelle, Angelika, Dorian i Lidia. Kim jesteś ty?
-Senilla. - powiedziałam bezwiednie. Do mojej świadomości coś dotarło. - Anabelle? - spytałam półprzytomnie. Jasnowłosa dziewczyna odwrócił się w moją stronę. - Czy... Czy twój ojciec sprzedaje sprzęt jeździecki...? - mówiłm z trudem. Dziewczyna ożywiła się.
-Tak, skąd wiesz? -Słyszałam jego rozmowę na targu.
-Oh... Tak mi smutno, że już nigdy go nie zobaczę... - dziewczyna prawie płakała. Znów przez moją podświadomość coś próbowało się przebić.
-Przecież... Przecież możemy stąd uciec...
-Stąd nie ma wyjścia - odpowiedział smutno Flick - Szukaliśmy przez dwa tygodnie.
-Ale... Ale ja umiem. Portal. Uciekniemy. - powiedziałam chaotycznie. Brakowało mi sił.
-Co? Senilla, chyba masz gorączkę. Majaczysz. - zmartwiona Angelika pochyliła się nademną.
-Nie nie... Brakuje mi siły... Macie coś... Do jedzenia? - zadałam pytanie resztkami sił. Cała piątka spojrzała na mnie niepewnie.
-Mamy tylko kawałek suchego chelba...
-Proszę... Tylko odrobinę - mówiłam błagalnie. Wręczono mi chleb. Zjadłam go szybko. Oni jednak nadal mieli niepewne miny.
-Nie wierzycie mi, prawda? - zapytałam, a oni pokiwali głowami.
-No to wam pokażę odrobinę. - to powiedziawszy za pomocą swoich mocy wyczarowałam wodną strzałę. Ze zdziwienia aż otworzyli usta.
-Zbieramy się stąd? - zapytałam
-Oczywiście - powiedzieli wszyscy razem. Skupiłam się i otworzyłam portal.
-Ten portal prowadzi do mojego domu. Poczekajcie tam chwilę. Ja za chwilę wrócę. Popatrzyli na mnie zdziwieni, ale posłuchali. Gdy zniknęli w niebieskiej mgiełce, drzwi u szczytu schodów otawrły się z trzaskiem.
-Co, do cholery?! - w drzwiach stał Salazar - GDZIE ONI SĄ?! - wrzasnął na całe gardło. Wytworzyłam wokół siebie mgiełkę, na której podleciałam na górę. Właśnie w tym momencie do sali wpadł brat Salazara. Rozpoczęła się walka. Walczyłam jak wilczyca. W końcu udało mi się ogłuszyć obu. Brata Salazara zabiłam bez skrupułów. Podeszłam potem do Salazara. Spojrzałam ostatni raz na mojego Mike'a i zakończyłam jego żywot. Otwarłam portal i wróciłam do domu.
***TYDZIEŃ PÓŹNIEJ***
Szłam ścieżką w odwiedziny do Anabelle. Po całym tym zdarzeniu zostałyśmy dobrymi koleżankami. Gdy Katelyn dowiedziała się o całym zdarzeniu, bardzo się przestraszyła. Wszyscy pozostali cali i zdrowi. Udało mi się nawet rozwiązać zagadkę złodzieja-intruza. Był nim nikt inny, jak samotny kundelek. A rzekomy fragment płaszcza, który widziano przy lesie, to poprostu worek, w który mały złodziej się zaplątał. -Nadal nie rozumiem - mówiła Katelyn gdy do niej przyszłam - Przecież ty nie uznajesz miłości. Jak to się stało, że dałaś tak sobą manipulować?
-Cóż... Był po prostu bardzo przekonujący. - powiedziałam kończąc tym samym rozmowę na ten temat.

wtorek, 14 lutego 2017

Od Finn'a, Quest 1

Popatrzyłem na siebie. Szedłem po lasie. Była ładna pogoda. Słońce świeciło. Trawa była miękka. Ale znów się pomyliłem. To był śnieg. Ach!!!!!! Czemu tu jest tyle tych żółtych śniegów. Nie wiem. Tam był też klif. Jakieś coś tam stało. Nie wiedziałem co to. A nie. To mały wilk!!!!!!!
- Ej!!!!! Nie skacz!!!!! - krzyknąłem i zaczęłem do niego biec.
- K. - powiedział smutno mały wilk.
Podeszłem do niego, a on założył równie małe okulary. Zdziwiłem się.
- Sory, on mi kazał. - wskazał na wilka, który wyszedł z cienia i śmiał się demonicznie.
- O co ci chodzi? - zapytałem.
Byłem przerażony. Wilk puścił bąka, a ja się przestraszyłem jeszcze bardziej. To było straszne. Cicha bomba...
- To ja mu kazałem skoczyć. - powiedział bombowiec.
- CZEMU?!?!?!?!?!?!?!?! - zapytałem spokojnie.
Byłem zmieszany, ale spokojny. I byłem przerażony, ale dzielny i nie bałem się.
- Bo tak. - powiedział. - Wręczył mi kwiaty i pobiegł, żeby włączyć muzykę.
- Ej, o co ci chodzi? - zapytałem spokojny, ale zdenerwowany. - co robisz?
Zaczął tańczyć. Mały wilk zakrył oczy. Ja zacząłem się odsuwać. Byłem zmieszany. Popchnąłem go, a on zaczął warczeć. Grrrr...
- Grrr... - powiedział i popchnął mnie też.
Mały wilk popatrzył na siebie, a potem na mnie i uśmiechnął się. Uciekł. Ja też chciałem uciec, ale on mnie złapał. Kto? Tamten zły wilk. Zaczął mnie bić i ja go też. Byłem zły na niego. Po co on to robił. Puściłem bąka, a on uciekł. Pobiegłem za nim. Chciałem uratować krainę. Przecież on mógł ją zepsuć i zrobić więcej żółtego śniegu!!!
Pobiegłem za nim i ciągle patrzyłem na siebie. Przystanąłem żeby odpocząć. Podszedłem pod krzaczek i zacząłem spokojnie i zarazem niespokojnie się załatwiać. Zauważyłem też magicznego bąka. Przemówił do mnie.
- Serdeczny Sandwich'u... Jesteś wybrańcem... Jesteś super... Goń go, on jest zły... - powiedział i ulotnił się.
Byłem zafascynowany i znudzony i ciekawy. Bez namysłu chciałem tam pobiec. Pomyśliłem i zacząłem biec szybko. Zauważyłem Desin, ale nie popatrzyłem na nią, tylko biegłem dalej. Desin zaczęła biec za mną.
- Gdzie biegniesz? - zapytała biegnąc za mną.
- Gdzieś... - powiedziałem tajemniczo i przyspieszyłem.
Desin została w tyle i nie biegła dalej. Dalej biegłem i nie patrzyłem na krzaki i drzewa pod moimi nogami. Były brązowe i od śniegu. Byłem też zabawny. Popatrzyłem na nie. Skoczyłem na złego gościa i zaatakowałem go. Potem on poszedł sobie i tak to się wszystko skończyło.
Wracałem do domu. Byłem szczęśliwy.

poniedziałek, 6 lutego 2017

Od Katelyn - zadanie na zmiennokształtność, ważny wpis

Jako zastępca przywódcy Katelyn jak to każdego dnia wychodziła na dwór, by sprawdzić co dzieje się na jej terytorium. Mimo tego, iż to Sombra była przywódcą, Katelyn lubiła czasem udawać jakby to ona nim była. Dziewczyna musiała jednak zaprzestać swoim porannym czynnościom. Sombra wezwała ją do siebie. Dlaczego? Podobno jakiś intruz co noc przychodzi tutaj, na terytorium ludzi. W sumie nie jest to nic dziwnego. Przecież to takie ładne miejsce. Są tutaj akademie, sklepy, domy... Ale kto wkradałby się na nasze ziemie? Od lat nikt nie przekroczył cudzych granic. Żaden kot by tego nie zrobił, ale co z wilkami? Nieee...
- I co z tym zrobimy? - zapytała Katelyn.
- Nie wiem, ja nie mogę. - odpowiedziała. Po chwili Sombra odezwała się po raz kolejny. - Dlatego wezwałam Ciebie.
Katelyn popatrzyła na nią skrzywiona. Czemu akurat ona? Przecież ma jeszcze tyle pracy. Ale w sumie to grzecznie z jej strony. Młoda dziewczyna od długiego czasu nie miała żadnych misji.
- To ty masz znaleźć tego intruza. - powiedziała Sombra. Wyglądała na wściekłą. - Już.
Katelyn przez kilka minut bała się odpowiedzieć. Z jednej strony dobrze znała Sombrę.
- Dobrze... - odpowiedziała po czym odeszła.
***
Dziewczyna szła ostrożnie, żeby się nie przewrócić. Ale... Gdzie Kate ma go szukać? Sombra nie powiedziała gdzie ostatnio był widziany, jak wygląda... Nic nie powiedziała. Dziewczyna nie chciała wracać do niej.
***
,,Gdzie mam zacząć szukać...?" - pytała sama siebie. Dziewczyna postanowiła pójść do lasu. Na końcu owego lasu znajdowała się granica. Może tam coś jest? Od dawna nikt nie śmiał nawet podejść do granicy. Katelyn miała do tego ważny powód. Musiała to zrobić. Z początku bała się, jednak potem, gdy zauważyła, że nikogo tam nie ma zaczęła robić się spokojniejsza. Przecież nikt od lat tam nie był! Znalazła dziwną kartkę. Była żółtawa i miała spalone rogi. Była zwinięta, a po bokach miała piękne, namalowane i małe kwiatki. A na kartce było coś napisane:

Musimy dowiedzieć się, co planują ludzie...

Ten ktoś, kto to napisał miał brzydkie pismo. Poza tym kartka była urwana. Następna część musi być gdzieś tu. To może być coś ważnego. Ale jak Kat miała rozwiązać ten problem, gdy Sombra nie powiedziała jej nawet kiedy ostatnio widziany był owy intruz. Postanowiła najpierw poszukać tropów, a potem pójść z tym do przywódcy. Zaczęła rozglądać się. 
- Księżniczko... - usłyszała szepty. - Tu jestem... - powiedziała postać po kilku minutach.
- K-kim jesteś?! - zapytała przestraszona.
Głos dobiegał zza drzewa, które stało na terytorium kotów... 
To taka mała mapka robiona na telefonie. Nie ma być niewidomo jaka wspaniała, ale żeby było widać, gdzie są jakie klany. Proszę o wyrozumiałość. Poza tym robiłam to w zuą stronę xd

Katelyn przestraszyła się. Tajemniczy głos potem się nie odezwał. Dziewczyna kontynuowała poszukiwania dalszych tropów. Szukała godzinami, jednak nic nie znalazła. Postanowiła wrócić do Sombry. Słońce zachodziło. Katelyn lubiła ten czas. Uwielbiała patrzeć beztrosko w niebo. To było właśnie jedno z jej ulubionych zajęć. 
- Sombro, ale gdzie mam szukać? Gdzie ostatnio był widziany ten intruz? Kiedy? - dopytywała się.
- Wczoraj w nocy, koło lasu. - odpowiedziała Sombra. - Jeszcze nic nie znalazłaś? 
Katelyn skrzywiła się. Wyjęła z kieszeni kartkę, którą wcześniej zauważyła.
- Znalazłam to. - powoli podała kartkę Sombrze. 
Dziewczyna przyjrzała się jej uważnie. 
- Nie wiem... - mruknęła.
***
- Co to może być...? - Kat zapytała samą siebie. 
Było już ciemno. Przyglądała się owej kartce. 
- A może... W nocy... Może teraz też tu będzie! 
Katelyn ubrała płaszcz i wybiegła na dwór. Było ciemno. Kate modliła się, by intruz nie okazał się niewiadomo kim. Szła po lesie przestraszona. Było to jedno z jej ukochanych miejsc, jednak po zmroku wyglądało mrocznie. Ktoś właśnie przechodził przez granicę. Katelyn zmarszczyła brwi i krzyknęła:
- Hej! Ty! 
Gościu zaczął uciekać na terytorium wilków. Kate jednak nie mogła wejść na ich terytorium. Porozmawiałaby z przywódcą tych stworzeń, jednak oni jeszcze go nie wybrali. 
 Następnego dnia Kate wybrała się do Sombry. Powiedziała jej o wszystkim.
- Jak wyglądał? - zapytała Sombra.
Dziewczyna skrzywiła się. W ciemności nie mogła go dojrzeć. Pokiwała głową przecząco. Sombra powiedziała jej także, że gdzieś tu grasuje morderca. 
 Kat zmartwiła się. Przez tyle lat nic się nie działo, a teraz..? 
 Po chwili zobaczyła tą samą postać, co wtedy. Popatrzyła na nią zza drzewa. Zaczęła powoli podchodzić. Bardzo powoli... Aż w końcu coś zaczęło brzydko pachnąć. Tak jakby bomba... Katelyn zaczęła się cofać. Nic nie było widać. Dym nie pozwalał na złapanie złodzieja. Dziewczyna bez zastanowienia wskoczyła w owy dym. Nie wiedziała o co konkretnie chodziło, ale tam ktoś był! Zauważyła go leżącego przed dziwnym słoikiem. 
- Uciekaj. - powiedział krztusząc się.
Kate jednak złapała go za rękę i zaczęła ciągnąć w stronę mieszkania Sombry. Tam trzeba zrobić przesłuchanie intruza. Ale... Kat nie miała pewności, czy to naprawdę on. Była pewna na 80%, ale co z tego, jeśli zostało jeszcze to 20%...? 
***
To był on. Teraz jeszcze został ten morderca. To może on podrzucił tą bombę...? 
  Katelyn postanowiła udać się do tamtego lasu, w którym wtedy była. Może znów będzie tam ten cichy ninja..? 
 Popatrzyła zza drzewa. Zauważyła dziwną postać. To on... Wyskoczyła zza owego drzewa i złapała go za rękę. Zaczęła ciągnąć. Rzuciła nim o drzewo. 
- Kim jesteś i dlaczego tu przebywasz? - zapytała.
Katelyn mogła mu się bardziej przypatrzeć. Nie był z tąd. Wyglądał jak dziwny wilko - człowiek. 
- Moja pani kazała mi tu przyjść... - odpowiedział. 
 Katelyn przyprowadziła go do mieszkania Sombry. Tej jednak nie było. Przestraszyła się. 

Dziewczyna zauważyła karteczkę z napisem ,,Odchodzę". 

To był koniec. Po pierwsze - Kat była za młoda na przywódcę, a po drugie - nic o tym nie wiedziała! Wpadła w szał. 
- Zaprowadź mnie do swej pani... - rzekła do wilko - człeka, jak to ona go nazywała. - Już.
Bez słowa poprowadził ją na terytoria, na których Kate jeszcze nigdy nie była. Były jej obce. To nie były terytoria ludzi. 
- Mimma oddała nam część swoich ziem. - odpowiedział.
Katelyn zamyśliła się.
- Ale... Jak tu dotarliście? - zapytała.
- Długa historia. Mam opowiedzieć? - zapytał. Katelyn skinęła głową i usiadła na trawie tak jak on. - Jesteśmy furry. Przez lata szukaliśmy swojego własnego miejsca. Jak z pewnością wiesz, Terrę Nihil otaczają wody. Nasze plemię podróżowało kilka lat, aż w końcu przybyliśmy tutaj, na te piękne ziemie. Nikt z nas nie wiedział, gdzie zamieszkamy. Na szczęście Mimma podarowała nam część swoich ziem. Teraz my tutaj mieszkamy... A dlaczego wtargnąłem na wasze ziemie? Potrzebowaliśmy pożywienia...
Katelyn bardzo zainteresowała ta opowieść.
- A gdzie przywódca? - zapytała.
Zza drzewa wyszła młoda dziewczyna. Była jak wszyscy inni, furry. Kate ukłoniła się.
- Witaj. Jestem Katelyn, przywódca... - ucichła. Odetchnęła i znów zaczęła mówić. - klanu ludzi.



Robione na szybko. Wybaczcie.

 Kochani moi, w ten właśnie sposób witamy nowy klan - furry! I teraz ważna rzecz. Sombra nie chce być już adminką, a co się z tym wiąże Katelyn zostaje przywódcą! A kto będzie przywódcą furry? Nasza nowa adminka! :D Czekajcie na następny post^^!