Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yvris. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yvris. Pokaż wszystkie posty

piątek, 7 lipca 2017

Od Yvris'a c.d Toluen

Yvris przez chwilę mógł przysiąc, że czuje, jak żołądek przewraca mu się na lewą stronę, i był wdzięczny losowi, że od rana nie miał czasu na żaden posiłek. Zaraz jednak skarcił się w myślach. Głupi, i po co panikujesz? Przecież nie masz żadnych, absolutnie żadnych powodów do bycia zdenerwowanym. Fakt, to trochę niezręczna sytuacja, no ale wciąż - nie pierwszy raz w życiu jesteś z kimś w kawiarni i pewnie nie ostatni. Weź się w garść.
Mimo wszystko znów tylko mruknął coś niezrozumiale pod nosem, na ułamek sekundy podnosząc wzrok na siedzącego naprzeciw niego uśmiechniętego radośnie Telo tylko po to, by niemal natychmiast wbić go w podsuniętą mu właśnie kartę. Rzeczywiście, widniejące w niej nazwy były nad wyraz zawiłe i niemal niezrozumiałe, szczególnie jeśli było się podenerwowanym bez jakiegoś wyraźniejszego powodu - i z tej racji dodatkowo także zirytowanym na samego siebie.
Z tego wszystkiego Yvris przestał być głodny, o ile w ogóle taki był wychodząc z pracy, ostatecznie zdecydował się więc na samą filiżankę zielonej herbaty. Jeden z kelnerów zniknął właśnie w drzwiach do kuchni, drugi zajęty był stolikiem po drugiej stronie sali, najwyraźniej byli więc zmuszeni poczekać ze złożeniem własnego zamówienia, co pozostawiało ich w kolejnej chwili niezręcznej ciszy.
A przynajmniej dla Yvrisa taka ona była. Po kolejnym nieśmiałym zerknięciu doszedł do niezbitego wniosku, że jego towarzysz najwyraźniej świetnie się bawi i jest w swoim żywiole. Szkoda że bibliotekrz nie mógł powiedzieć tego samego o sobie... chciał, żeby to było miłe popołudnie, naprawdę, nie pogardziłby takim, szczególnie że Telo zdawał się być w gruncie rzeczy całkiem miłym facetem jeśli pominęło się warstwy nachalności i beztroski. I nawet jeśli działały mu one na nerwy, to teraz chyba ich nie było, a poza tym nie pamiętał kiedy ostatnio wyszedł gdzieś po pracy, przed pracą, w trakcie pracy, tak naprawdę kiedykolwiek, bo od chwili przeprowadzki spędzał życie albo w domu, albo w bibliotece, albo w drodze z jednego do drugiego, i mógłby zażyć trochę odpoczynku od obowiązków, a taka kawiarnia zdawała się dobrym sposobem na oderwanie się od rzeczywistości, nawet jeśli tylko na chwilę. Wystarczyło się trochę postarać, prawda?
- Więc znasz się z właścicielem - stwierdził dość jednoznaczą oczywistość po paru kolejnych przeciągających się momentach, trochę nerwowo bawiąc rogiem karty. - Od jak dawna?

---

<Trzecia w nocy to dobra pora na Yvrisa, a już szczególnie Yvrisa, który jest Niezręczny™>

czwartek, 8 czerwca 2017

Od Yvris'a c.d Toluen

Na zewnątrz było przyjemnie ciepło i już odrobinę mniej przyjemnie duszno, a na horyzoncie powoli zbierały się ciemne, zwiastujące ulewny deszcz kołtuny chmur. Yvris musiał przyznać szczerze, że czuł się nieco dziwnie; nie był przyzwyczajony do tak wczesnego wychodzenia z pracy i jeszcze przez większość drogi do kawiarni upatrzonej przez młodszego mężczyznę miał wrażenie, że wcale nie powinno go tu być, że powinien siedzieć teraz za swoim biurkiem w bibliotece i zajmować się... właściwie czymkolwiek, no, pracą tak ogółem. Swoimi obowiązkami. Co on tu w ogóle robi, w mieście, które tak rzadko ma w zwyczaju odwiedzać, na dodatek w czyimś towarzystwie?
Wzmiankę o wystroju puścił koło uszu, mrucząc coś tylko niezrozumiale pod nosem i udając, że wcale się głupio nie rumieni. Wcale. Ani trochę! Ale kiedy przekroczyli próg lokalu przy akompaniamencie cichego dźwięku dzwoneczka zamontowanego na drzwiach wejściowych, nie potrafił nie rozejrzeć się ukradkiem. I rzeczywiście, ściany utrzymane w stonowanych odcieniach beżu i bieli, ciemne drewno oraz kilka książek ułożonych na parapecie dużego, sięgającego niemal od podłogi do sufitu okna sprawiało, że atmosfera była zaskakująco przyjemna. Na tyle przyjemna, że Yvris nie narzekał na akurat taki wybór miejsca.
- Bywasz tu często? - mruknął, chcąc jakby wygłosić oczywistą oczywistość, ale w ostatniej chwili decydując się jednak na dorzucenie na końcu znaku zapytania, ostatecznie wyszło z tego więc coś pomiędzy zwykłym stwierzeniem, a nieco niezręcznym, zwyczajowym pytaniem. Nie czuł się zupełnie swobodnie, kiedy zajmowali jeden ze stolików w spokojnym, cichym kąciku kawiarni, niedaleko od okna, ale przynajmniej się starał. W końcu to właściwie on zaproponował to wyjście, nawet jeśli pomysł sam w sobie jego nie był, i zwyczajnie nie wypadało teraz ani milczeć, ani tym bardziej udawać, że wypadło mu coś bardzo ważnego i jednak musi pilnie wracać do domu.

---

<Yvris tak bardzo niezręczny.>

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Od Yvris'a c.d Toluen

Yvris zmarszczył brwi, słysząc słowa swojego świeżo upieczonego pseudopomocnika. Pobrzmiewał w nich ten dziwny, specyficzny i bardzo dla Telo typowy rodzaj samozadowolenia, który trochę zbyt często sprawiał, że bibliotekarz odnosił nieodparte wrażenie istnienia ukrytego żartu, chowającego się gdzieś tam, nie tak znowu głęboko. Żartu, którego praktycznie nigdy nie udawało mu się ani wyłapać, ani tym bardziej zrozumieć.
Jeszcze raz spojrzał na wciąż nie do końca wypełnione dokumenty zalegające przed nim na biurku i po chwili namysłu z ciężkim westchnieniem zebrał je w jeden równy stosik. Trudno, skończy pracę jutro z samego rana, teraz i tak nie miałby jak się skupić - nie z Telo wiszącym nad nim z tym swoim uśmiechem i jasnymi ślepiami. Choć musiał przyznać sam wobec siebie, że obecność magika okazała się nieco mniej męcząca i nieco bardziej przydatna niż sądził z początku; sam nie uporałby się z wypełnianiem wszystkiego prawdopodobnie aż do końca dnia. A skoro już zagonił młodszego mężczyznę do pracy, to sumienie i kultura osobista zgodnie podpowiadały mu, że najzwyczajniej w świecie wypada się jednak ugiąć i pójść z nim na tę kawę czy co to tam miało być. Tak w ramach podziękowań.
Nie żeby mówił, że gdyby tylko mógł, to nie siadłby z powrotem do pracy i nie wychodził z pracy aż do późnego wieczora. No, ale może nic się nie stanie jeśli ten jeden jedyny raz zamknie bibliotekę te trzy godzny wcześniej?
- W porządku - mruknął, odruchowo przesuwając dokumenty w jeden róg biurka, tak, by za bardzo mu jutro nie przeszkadzały. Uparcie obserwował przy tym swoje własne dłonie, zupełnie jakby bardzo nie chciał patrzeć w twarz Telo, ani nawet w ogóle w jego kierunku. - Możemy iść do tej kawiarni jeśli tak bardzo ci na tym zależy.

---

<Tylko sobie nie wyobrażaj Bóg wie czego. To tylko taka forma zapłaty za pomoc.>

czwartek, 9 marca 2017

Od Yvris'a c.d Toluen

Yvris w pierwszym odruchu - i trzeba przyznać, że nie ukrywał tego odruchu jakoś tak wybitnie i specjalnie - miał ochotę podnieść raban, przyciągnąć biblioteczne papiery siłą mu przed chwilą zagarnięte z powrotem do siebie i najlepiej w ogóle wystawić nachalnego blond przylepę za drzwi. Wewnętrznie już-już unosił się honorem, już prawie warczał na głos, że nie dotykaj nie ruszaj odsuń się i nie przeszkadzaj ja nie potrzebuję żadnej pomocy radzę sobie świetnie dziękuję bardzo. Ale potem Telo obdarzył go promiennym uśmiechem i spojrzeniem tych jasnych ślepi i jakoś tak po prostu wyszło, że serce mu trochę zmiękło. Coś, co na pewno musiało być zdrowym rozsądkiem, zaczęło podszeptywać mu, że może to wcale nie jest taki znowu zły pomusł, że może młody Nesardo ma rację, może logiczniej byłoby jednak pozwolić sobie pomóc. Trochę wolnego czasu chyba by mu nie zaszkodziło, a i duma niespecjalnie ucierpi, prawda?
- Niech ci będzie - burknął tonem dobitnie dającym mimo wszystko do zrozumienia, że wszystko to robi bardzo niechętnie, i podsunął młodszemu mężczyźnie niewielki stosik książek wraz z inną, trochę bezpieczniejszą z jego punktu widzenia papierów; takich, które z definicji ciężko byłoby wypełnić w zły sposób, nawet jeśli było się najgorszym gatunkiem roztrzepańca. Dla dobra książek i własnej psychiki. - Tu wpisujesz tytuł i autora, tutaj numer. Tylko czytelnie, nie chcę tu żadnych bazgrołów. Potem przybijasz pieczątkę.
To powiedziawszy, sam zabrał się za wypełnianie kosztorysu, zamówienia na następne tomy pozostawiając na później; powstrzymywanie się od uważnego obserwowania pracującego tuż obok Telo, nawet jeśli miałoby to być jedynie rzucanie mu co jakiś czas ukradkowych spojrzeń oka, ot tak, żeby sprawdzić jak mu idzie - to jedno. Na to mógł sobie pozwolić, nie dać się rozproszyć i skupić na własnej pracy. Ale zostawić go samego, choćby na chwilę, choćby tylko po to, żeby szybko przejść się między regałami i spisać kilka tytułów? Nie, taki głupi nie był. Najwyżej poczeka z tym do jutra. Przecież jeszcze ma czas, przeciez magazyny w stolicy przez pół dnia nigdzie nie uciekną.

---

<Ale mam nadzieję że to zapraszający płaci za tę randkę, tak?>

wtorek, 14 lutego 2017

Od Yvris'a c.d Toluen

Yvris zajmował się książkami nie pierwszy i zapewne nie ostatni dzień w życiu - nie po raz pierwszy spędzał także dzień za kontuarem biblioteki, stojąc (czy też może raczej siedząc) na straży miejscowych zbiorów i pilnując, by przypadkiem nic nie zginęło, nic nie zostało zniszczone ani nikomu nie wpadł do głowy bardzo głupi pomysł bycia zbyt głośno. Bywały dni, pełne całkiem dobrego humoru dni, w które przyglądał się uważanie tej niewielkiej garstce osób odwiedzających jego małe królestwo, nie ważne, czy byli to stali bywalcy, czy zwykłe zbłąkane dusze, które z braku inicjatywy i nadwyżki wolnego czasu zajrzały do niezbyt okazale wyglądającego piętrowego budynku wciśniętego jak gdyby nigdy nic między kawiarnię a blok mieszkalny. Bywały dni, kiedy osoby te wydawały się całkiem interesujące.
Telo nie wydawał się interesujący. Telo wydawał się irytujący, nachalny i denerwująco optymistycznie nastawiony do wszystkiego i wszystkich, a przynajmniej do Yvrisa. I najwyraźniej nie potrafił szanować książek, co jasno wynikało z najnowszych obserwacji.
No, może odrobinę. Odrobinę interesujący. Ale mieścił się w przedziale między połową a ćwiartką procenta zawartości współczynnika bycia interesującym, i z pewnoscią nie zanosiło się na to, by zdołał ów przedział opuścić.
Yvris prychnął wściekle, słysząc propozycję młodszego mężczyzny. Bardzo niedorzeczną propozycję, choć fakt faktem, że bardziej niż na nią zły był na plamę, wręcz boleśnie widoczną na zielonej okładce; będzie musiał zabrać książkę ze sobą do domu i potraktować ją bibułą i żelazkiem, żeby pozbyć się tłustego paskudztwa. Kawa! Czy on wygląda jak ktoś, kto ma czas albo ochotę wychodzić na jakąkolwiek kawę?
- Żartujesz sobie - burknął tylko w odpowiedzi, odsuwając nieszczęsny tomik na bok i wracając do wypełniania papierologii. Dopiero po chwili ciszy rzucił wciąż stojącemu przy biurku Telo badawcze spojrzenie wciąż zabarwione sporą dozą tradycyjnej yvrisowej wściekłości na cały świat i wszystkie stworzenia go zamieszkujące. - Nie widzę jak plama miałaby służyć za pretekst do spotkań towarzyskich. A poza tym nie mam czasu. W przeciwieństwie do ciebie są jeszcze w tej zabitej deskami dziurze ludzie naprawdę pracujący.

---

<Psst, zaproponuj zieloną herbatę, pójdzie z tobą wszędzie.>

piątek, 27 stycznia 2017

Od Yvris'a

Wtorkowy dzień pracy Yvris zaczął wcześnie, jak zresztą miał to w zwyczaju robić codziennie, będąc rannym ptaszkiem, którego z łóżka wyganiało może nie tyle wschodzące właśnie słońce, co raczej poczucie obowiązku i odpowiedzialności. Wiedział świetnie, że nie darowałby sobie, gdyby odważył się spóźnić do pracy choć kilka minut, nie wspominając już nawet o jakimkolwiek wzięciu nieplanowanego wolnego, i do końca dnia chodziłby jeszcze bardziej struty niż zazwyczaj, zawiedziony samym sobą. A że z jego doświadczenia wynikało, iż zdecydowanie lepiej jest unikać dni "złych", skupiając się raczej na tych "przeciętnych", "zwykłych", przeplatanych sporadycznie "całkiem niezłymi" czy też nawet "prawie dobrymi", to do pracy udawał się z tak dużą dozą zadowolenia, na jaką tylko było stać zawiedzionego życiem, niespełnionego literata.
Wtorkowy dzień pracy nie należał do najgorszych. Był spokój, była niczym niezmącona cisza, a nader wszystko - co już co prawda nie było aż tak niezaprzeczalnie piękne, biorąc pod uwagę poziom wykształcenia na tej wsi, na której Guthrie zmuszony był siedzieć, ale wciąż miało swoje uroki - bardzo mała liczba osób obecnych w budynku. Można byłoby pokusić się nawet o stwierdzenie, że ten dzień był w miarę przyzwoity.
Przynajmniej dopóki gdzieś koło południa do biblioteki nie zajrzał Telo, jak zwykle promieniejący energią w ten swój dziwny, działający na nerwy sposób, i jak gdyby nigdy nic nie położył na kontuarze książki w zielonej oprawie, na prawym brzegu splamionej czymś brązowo-bursztynowym.
Yvris zmierzył plamę wzrokiem jasno mówiącym, że już dawno rzuciłby się jej do gardła gdyby tylko takowe posiadała.
- Co to ma być? - zawarczał, przerywając nagle spisywanie niedawno dostarczonych ze stolicy tomów, niczym drapieżnik zamierający w bezruchu na widok ofiary i szykujący się do ataku. I, biorąc pod uwagę burzącą się w nim na widok plamy na jednej z jego książek wściekłość, mogło być to jednak dość trafne porównanie.

<Wkurzony plamą Yvris raz, jak ustalone, prosz.>

czwartek, 26 stycznia 2017

Od Yvris'a c.d Katelyn

Niedzielne przedpołudnia od zawsze stanowiły dla Yvrisa przykry obowiązek, jeden z tych, na samą myśl o których zbiera ci się na lekkie mdłości, ale i tak wiesz świetnie, że nawet gdybyś wychodził z siebie, to i tak nie byłbyś w stanie nic na ich istnienie poradzić. Niedzielne przedpołudnia były dla niego tym, co każdy człowiek musi przełknąć z gorzką miną i bez słowa sprzeciwu. Niedzielne przedpołudnia były samotne i boleśnie oddalone od kojącej ciszy i spokoju biblioteki, zamkniętej na weekend na cztery spusty.
W niedzielne przedpołudnia Yvris przeważnie najzwyczajniej w świecie nie potrafił już wysiedzieć w swoim niewielkim domku pod laskiem, tak malowniczo przecież położonym, ale niebędącym znajomymi regałami, kurzem i unoszącym się w powietrzu zapachem starych książek. Był podobny, to fakt. W niektórych aspektach nawet bardzo. Ale wciąż nie potrafił zastąpić mężczyźnie jego miejsca pracy, chyba już bardziej nadającego się na jego dom niż rzeczywisty dom sam w sobie.
To było ciepłe przedpołudnie. Na tyle ciepłe, że nawet wiecznie marznący Yvris nie był zmuszony do założenia kurtki, gdy wychodził z domu na krótki spacer. Nie zamierzał włóczyć się po mieście, wśród tłumiku młodzieży, która zapewne zdązyła wylec już na zewnątrz, tak jak on korzystając z przyjemnej pogody. Zamiast tego zdecydował się przysiąść na ławce opodal niewysokiego drzewa wiśniowego, pokrytego gubiącymi już z wolna płatki kwiatami, i wcisnąć nos w dobrą książkę. Nawet dziewczęciu, które wkrótce później pojawiło się pod wiśnią, nie udało się na dobre oderwać go od lektury - ot tylko, rzucił jej parę niespecjalnie zaciekawionych spojrzeń znad swojego starego, zmaltretowanego przez setki czytań wydania Lotu nad kukułczym gniazdem.
Rozważał przez chwilę podejście i zaoferowanie pomocy, gdy w drodze powrotnej zdarzyło jej się upaść, ale myśl ta szybko opuściła go z własnej inicjatywy. Nie był opiekunką do dzieci, by podnosić ją z ziemi, ani nauczycielem, by uczyć ją jak chodzić. Mruknął jedynie pod nosem coś o nieuważności dzisiejszej młodzieży, czując się przy tym jedynie odrobinkę staro.

<Katelyn?>

wtorek, 10 stycznia 2017

Nowa postać!

Wiele minęło, wiele trwa - i chociaż już nie jesteśmy mocą tą, co niegdyś ziemią i niebem trzęsła, czym jesteśmy, jesteśmy: związkem mężnych serc, osłabłych pod ciężkim czasu i losu brzemieniem, silnych pragnieniem, by się z losem zmagać, szukać, znajdować, wędrować do końca.
Autor: black apollonia
Imię: Yvris
Pseudonim: Brak, choć w dzieciństwie matka nazywała go Ivy
Płeć: Mężczyzna
Nazwisko: Guthrie
Orientacja: Biseksualny, demiromantyczny
Rodzina:
• Edwin Guthrie - ojciec, szanowany profesor historii ogólnej; lat 61
• Sydna Guthrie - matka, gospodyni domowa; lat 58
• Mirth Coves - młodsza siostra, szczęśliwa mężatka i matka dwójki dzieci; lat 32
• Abram Coves - szwagier, prawnik i współwłaściciel dobrej kancelarii; lat 32
• Dillan i Prima Coves - siostrzeniec i siostrzenica, lat 9 i 6
Wiek: 34 lata
Głos: KLIK!
Charakter: Nie jest jednym z tych przystojnych kobieciarzy o morderczo wręcz białym uśmiechu i spojrzeniu przyciągającym płeć piękną niczym ten przysłowiowy magnes, jak to się często dzieje w podobnych historiach. Nie jest również mrocznym aniołem zemsty, który od środka aż wytatuował się obrazem śmierci żony i dwójki dzieci, poszukującym sprawiedliwości i zemsty na ludziach, którzy są odpowiedzialny za jego nieszczęścia. Nawet nie strzela magią z palca, w przeciwieństwie do większości otaczających go w chwili obecnej stworzeń rozumnych. Jest niczym więcej jak zgorzkniałym profesorem, niespełnionym literatą, tak różnym od osoby, którą niegdyś był. Młody student literatury, podchodzący do dzieł od strony czysto naukowej, podświadomie analizujący wszystko i wszystkich, niespecjalnie lubiący bawić się w wielkie uczucia i uparcie twierdzący, że ogniste romanse dobre są dla smarkaczy - on był przecież człowiekiem światłym, wykształconym, stojącym ponad gawiedzią i głoszącym mądrości minionych pokoleń, on nie miał czasu na takie głupoty jak miłość czy związki. Ambicja i arogancja buchały z niego w równych ilościach, doprawione dużą ilością dumy sprawiającej, że z natury patrzył na innych mocno z góry, uważając się za lepszego, mądrzejszego, niemal za istotę wyższą. Był inteligentem z krwi i kości, miłującym wyłącznie praktyczność, a za jedyną kochankę mającym naukę, pragnącym ze wszelkich sił naprawić świat i zbawić go od grzechu ciemnoty, niewiedzy, głupoty wynikającej z prostego braku edukacji i świadomości. Więc, ściągając na siebie ogromny gniew ojca wraz pogardą środowiska naukowego, rzeczywiście poszedł go naprawiać. I szybko okazało się, że rzeczywistość zwyczajnie go przerasta. Praca u podstaw okazała się być stekiem bzdur wymyślonym przez grupkę narwanych filozofów dla omamienia głupiego ludu - on nie miał do tego głowy, cierpliwości, a wkrótce także i chęci. Na zadupiu, gdzieś między magicznymi wilkami a kotami zmieniającymi postać na ludzką wedle własnego uznania, tytuł profesorki był nikomu do niczego niepotrzebny; ktokolwiek pragnął się edukować, już dawno z tego wygwizdówka uciekł, pozostawiając za sobą tłumek osób zbyt głupich lub zbyt zajętych pracą fizyczną zapewniającą im utrzymanie, by skorzystać z szansy podsuwanej im przez Yvrisa. Stał się znacznie bardziej nerwowy, o wiele szybciej wpadał w gniew i tracił nerwy nawet przy drobych wykroczeniach od jego własnych, prywatnych norm - a że od zawsze był językowym purystą i pedantem, to w rekordowo krótkim czasie irytować zaczęło go praktycznie wszystko w otaczających go ludziach, ich zachowaniach, przyzwyczajeniach, zwyczajach, słownictwie, sposobie mówienia i stylu bycia. Począł odizolowywać się od społęczeństwa, które przecież jeszcze niedawno pragnął wyciągnąć z umysłowej ciemnoty, szybko zyskując sobie - zresztą bardzo zasłużoną - opinię burkliwego, wiecznie o coś lub na coś wściekłego gbura najlepiej czującego się we włąsnym towarzystwie. Odrobinę ukojenia dla zszarganych nerwów znalazł w otoczeniu przyrody, której kojący wpływ sprawił, że jego nastawienie do życia z wolna zaczęło się zmieniać; nie analizował już, jak to kiedyś miał w zwyczaju, z oświeceniowca stając się kimś na kształt postromantyka, skrycie próbującego marzyć o tej samej wielkiej miłości, której kiedyś tak gorliwie się wypierał, ale nie odważając się przyznać do tego nawet przed samym sobą - któż bowiem zechciałby tak ponurego zrzędę jak on? Ostatecznie wkradła się do jego duszy obawa przed dopuszczaniem ludzi bliżej siebie i zamknął się przed nimi jeszcze bardziej, lękając odrzucenia. Wkrótce potem nadeszła spowodowana rutyną apatia i poczucie beznadziei, bezsilności, braku celu; wielkie ambicje zniknęły wraz z natchnieniem literackim pod wpływem szarej rzeczywistości oraz niemożności znalezienia w tej niedużej społeczności zrozumienia dla swych wielkich ideałów, a do połowy skończona powieść, dzieło i, można by rzec, jedyne, co wciąż łączyło go z poprzednim życiem, wylądowała zapomniana na ddnie szuflady. Był artystą, stał się czymś na kształt rośliny wegetującej bezmyślnie w miejscowej, niemal nieodwiedzanej bibliotece, starającej się jakoś przetrwać kolejny, łudząco podobny do poprzedniego dzień. A przecież liście usychają mu coraz bardziej, sprawiając, że i on sam coraz bardziej robi się podenerwowany, coraz bardziej krzykliwy i coraz bardziej niemiły w obyciu, coraz mniej się do kogokolwiek uśmiecha, bo i coraz mniej ma do uśmiechów powodów. Artyści bowiem bez uwagi otoczenia i sławy nie mogą żyć, tak jak roślina nie może żyć bez wody, a człowiek zwykły bez pokarmu i powietrza; a Yvris nie posiada ani jednego, ani drugiego, podobnie jak przeświadczenia, że może jednak jest jeszcze komuś do czegoś potrzebny. Prędko się denerwuje, często z błahych powodów (choć fakt faktem, że jemu samemu się one tak znowu błahymi nie wydają). Rzadko bywa agresywny, ale za to wyprowadzony z równowagi całkiem sporo przeklina. Potrafi co prawda zażarcie bronić swoich poglądów i racji, ale dzieje się tak praktycznie tylko i wyłącznie w wypadku dyskusji na temat literatury bądź czegokolwiek z nią związanego - wtedy zawsze musi mieć ostatnie słowo i można być pewnym, że nieprędko zapomni przeciwnikowi wykłócanie się z nim o coś, o czym ze względu na studia i pasję wie znacznie więcej. Ale w inne rozmowy rzadko się wdaje. W ogóle nieczęsto odzywa się niezapytany, jest mrukliwy, burkliwy i ogółem rzecz biorąc dość nieprzyjemny w obyciu, zupełnie jakby złośliwością i ponurym wyrazem twarzy starał się celowo odstraszać od siebie ludzi, ustrzegając się tym samym przed możliwością przypadkowego zaangażowania się w jakąkolwiek znajomość - odsuwanie od siebie innych wychodzi mu więc świetnie i najlepiej mu jest wmawiać sobie, że dobrze mu samemu, że nie potrzebuje nikogo i niczego, by w spokoju przeżyć swoje życie, już nawet nie myśląc o szczęściu. Szczęście bowiem od lat zdaje się być daleko poza jego zasięgiem, zwyczajnie dał więc sobie spokój z próbami złapania go. Jest dobrze tak, jak jest, bo zawsze mogło być przecież gorzej. Lubi myśleć, że chyba wreszcie nauczył się doceniać te małe rzeczy, a nie po prostu poddał się i zrezygnował ze swoich własnych marzeń. Okłamywanie się zawsze bądź co bądź przychodziło mu z zaskakującą łatwością.
Umiejętności: Od najmłodszych lat powtarzano mu, że posiada wyjątkowo lekkie pióro; bardzo dbano o jego edukację, cechuje się więc również bardzo bogatym słownictwem (ubożejącym nagle i w dużej mierze zastępowanym przekleństwami, gdy Yvris wpadnie we wściekłość), w zdarzających się więc coraz rzadziej chwilach natchnienia wciąż potrafi usiąść przy biurku i zacząć pisać. Dobrze piecze, potrafi gotować na poziomie podstawowym - jajecznica, naleśniki, herbata, może jakaś smażona pierś kurczaka z ryżem albo makaron z sosem ważywnym, ale raczej nic bardziej skomplikowanego. Płynnie w mowie i piśmie posługuje się językiem angielskim i włoskim, zna podstawy francuskiego i łaciny. Nie potrafi grać na instrumentach, nienajlepiej radzi sobie z technologią, a pod względem fizycznym jego pole zawsze było bardzo ograniczone - przy swoich 164 centymetrach wzrostu i drobnej budowie ciała nigdy nie należał do osób obdarzonych wybitną tężyzną fizyczną, szybko się męczył, a próby ćwiczenia baletu porzucił po pierwszych kilku miesiącach. Co prawda można uznać go za personę dość zwinną, biegałby również całkiem przyzwoicie, gdyby nie jego marna kondycja. Nie umie jeździć konno, nie uczęszczał na zajęcia szermierki czy łucznictwa, pływa również dość marnie - na tyle dobrze, by utrzymywać się na powierzchni i nie utonąć, ale pływaka olimpijskiego nikt nigdy nie próbował z niego zrobić, bo i sensu nie było. Jest raczej typem intelektualisty, inteligentnym, z rozległą wiedzą i bardzo dobrą pamięcią, ale oprócz tego raczej mało czym może zaimponować.
Zainteresowania: Literatura piękna i poezja (w szczególności postromantyzm wiktoriański), także niektóre okresy historii; częściowo cukiernictwo, a z braku innego zajęcia od pewnego czasu wypełnia sobie puste godziny nauką języków obcych
Zauroczenie: Brak
Partner: Brak
Potomstwo: Brak
Towarzysz: Brak
Co lubi:
• Ciszę i spokój
• Zapach książek
• Książki same w sobie
• Ciepłe wieczory
• Cukiernictwo i pieczenie ciast
• Zieloną herbatę
Czego nie lubi:
• Natrętnych, męczących ludzi
• Narzucania się
• Zawracania mu głowy niezależnie od powodu
• Deszczu i brzydkiej pogody
• Zimna
• Ekranizacji powieści
• Pozerstwa
• Hałasu
• Dzieci
• Dorosłych
• Osób starszych
• Nucenia, gwizdania, stukania albo pstrykania palcami
• Nieporządku i bałaganu
• Spóźnialstwa
• Późnego wstawania
• Lenistwa
• Prób wykręcenia się od pracy z powodu wyżej wymienionego
Ciekawostki:
• Ma bardzo niski próg bólu i potrafi zemdleć z powodu czegoś tak prozaicznego jak nieco silniejszy ból brzucha.
• Jego kanaliki łzowe zdają się momentami zupełnie go nie słuchać; Yvrisowi zdarza się, dość często zresztą, płakać z silniejszych emocji, głównie wściekłości lub bezsilności, i nie ma na to absolutnie żadnego wpływu - w jednej chwili łaja jednego ze swoich podwładnych, drąc się na całe gardło, a w drugiej czuje jak łzy zaczynają płynąć mu po policzkach, co przeważnie powoduje u niego jedynie jeszcze większą wściekłość.
• Jest ogromnym miłośnikiem poezji Alfreda Tennysona i Williama Blake'a, a także powieści Jane Austen i Victora Hugo.
• Ma paskudne uczulenie na orzechy, a do tego jego żołądek należy do tych przesadnie delikatnych i wybrednych, urządzających rewolucje przy jakichkolwiek odstępstwach od diety. Brzuch okropnie boli go szczególnie po potrawach ostrych.
• Nienawidzi nieporządku, a o swoją bibliotekę, wraz z każdym obecnym w niej tomem, dba jak o to przysłowiowe oczko w głowie. Pracoholizm, który narodził się z nudy i rutyny, w połączeniu z OCD każą mu kilka razy dziennie sprawdzać, czy wszystkie książki są na swoim miejscu, czy nic nie zostało przesunięte o niechciany centymetr w prawo, czy nic nie zostało uszkodzone. Spróbuj wprowadzić jakikolwiek chaos w jego rewirze, a będziesz mieć bardzo wściekłego i w stu procentach gotowego do dokonania mordu rytualnego Yvrisa na karku.
• Zamieszkuje w niewielkim jednopiętrowym domku na obrzeżach osady, na tyle blisko biblioteki, by mógł być w niej codziennie o siódmej rano, ale zarazem na tyle daleko od centrum, by w okolicy panowała idealna cisza i spokój. W ciepłe wieczory, po powrocie z pracy, ma w zwyczaju siadywać na ganku lub pod rosnącym nieopodal dębem z nosem w książce. W chłodniejsze zaś na ogół wybiera się na spacer do pobliskiego lasu.
• Mimo zamiłowania do natury, nie przepada za zwierzętami, a do roślin kompletnie nie ma ręki - od chwili, w której jako licealista zabił kupionego mu przez siostrę kaktusa, doszedł do wniosku, że woli więcej nie bawić się w ogrodnika.
• Podobnie ma się sprawa z jego zamiłowaniem do cukiernictwa: lubi przesiadywać w kuchni, bawiąc się w małego kuchcika i zagracając stół wypiekami, ale sam rzadko kiedy tknie jakiekolwiek słodkości, w szczególności te zrobione własnoręcznie. Otatecznie lądują więc one w pobliskiej cukierni, której właścicielka jest prawdopodobnie jedyną wciąż przychylną mu osobą w całym mieście (a zarazem jedyną osobą, do której sam Yvris czuje coś na kształt przyjaźni).
• Nie utrzymuje kontaktu z ojcem, który z kolei zabrania żonie kontaktować się z synem. Jednak z siostrą i szwagrem rozmawia dość często, skutecznie ukrywając przy tym przed nimi swoje problemy, niepewności i żale.
• Jest dalekowzroczny - choć jego wada nie należy do ogromnych, to jednak do czytania i pisania wciąż potrzebuje okularów.
• Nienawidzi zapachu papierosów i otwarcie gardzi każdym, kto się nimi truje. Sam nigdy nie palił, a głowę ma wyjątkowo słabą i upija się już przy trzecim kieliszku.
• Z natury mało sypia - na ogół nie więcej niż pięć i pół, czasem sześć godzin na dobę. Nie pija także kawy, uparcie twierdząc, że kofeina szkodzi zdrowiu.
Kierujący: frania099 / frania099@gmail.com