Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alex. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alex. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 lipca 2017

Senill i Alex opuszczają szeregi bloga!


Niestety, jak widać jest to smutna wiadomość. Ze względu na brak telefonu oraz problemy związane z komputerem i internetem, Senill zmuszona została do odejścia z bloga.

Jeżeli jednak kiedykolwiek będziesz chciała wrócić, Seni, drzwi są zawsze szeroko otwarte c:


Jako osoba odpowiedzialna za czystkę, za zadanie miałam przeprowadzać "selekcję" osób aktywnych od tych nieaktywnych, którzy jeżeli się nie poprawiali, zostali wyrzucani z bloga. Ostatnio jednak ktoś mi powiedział, że ja również zaliczam się do tego drugiego grona, mało wynoszących do bloga osób. Nie ukrywam - z moją aktywnością ostatnio było słabo, jak nie bardzo słabo.
Mogłabym się tłumaczyć, dlaczego było tak a nie inaczej, jednak uważam, że to bez sensu. Bo kto by chciał słuchać o tym, że ktoś już ledwo ma czas na sen, bo w wakacje nie tak jak inni wyjeżdża na wycieczki czy też wstaje o 10 rano, tylko zamiast tego od rana do wieczora pracuje, czas wolny poświęcając na rzeczy ważniejsze niż internet?
Chcąc być zatem sprawiedliwa w stosunku do innych osób, których powodem wyrzucenia była słaba bądź znikoma aktywność postanawiam, aby

ALEX OPUŚCIŁ SZEREGI BLOGA

Tym razem naprawdę, całkowicie i nieodwracalnie. Wraz z moją postacią odchodzę ja sama, wykluczając w ten sposób siebie samą z administracji, pozostawiając opiekę nad The World of Fiction pozostałym dwóm adminkom. Przecież podobno nic takiego nie zrobiłam dla bloga, więc nawet nie odczujecie mojej nieobecności, prawda? 
Wierzę, że dacie sobie radę bez takiego członka na pokaz jakim byłam ja, a TWoF odzyska czasy dawnej świetności.

Wszystkim pozostałym tutaj członkom życzę weny oraz niezapomnianych chwil spędzonych na blogu, powodzenia w życiu i czego tam jeszcze można od świata chcieć.

Teraz usuwam się w cień, nie chcąc dłużej przeciągać tego mojego marnego wywodu. 

Gdyby ktoś jeszcze kiedykolwiek chciał ze mną porozmawiać, zapraszam tutaj:

sylwuś.com [How]

Pozdrowienia od tego psychopaty we mnie i... do zobaczenia kiedyś..? 

Alex >:3

wtorek, 6 czerwca 2017

Od Alex'a cd. Katelyn


Tak naprawdę mało obchodziło go teraz, co stanie się z tym przebrzydłym, wyliniałym oraz wrednym kociskiem. Chciał bowiem, aby jego właścicielka miała jakąś nauczkę oraz radę na przyszłość, aby nie zadzierać z jego psem. Kto widział bowiem okładać zwierzaka gałęzią tylko i wyłącznie za samą obecność? Co racja to racja, Aker lubi sobie poszczekać oraz pogonić swoich odwiecznych wrogów, ale karanie go za te rzeczy można porównać do chęci zabronienia kotu miauczenia czy też samotnych wędrówek, z których owy gatunek jest tak dobrze znany. Alex postawił więc na równouprawnienie tych dwóch jakże różnych od siebie istot, nie robiąc kompletnie nic w tej sprawie. W takim postanowieniu wytrzymał ledwo trzy minuty, w czasie których zarówno odgłos wydawany z zadowolonego nową zabawą psa oraz okrzyki wyrażające zdenerwowanie przywódczyni zdążyły w znacznym stopniu umilknąć. Po tym czasie westchnął głęboko i we wtórze cichej łaciny wymrukiwanej pod nosem, ruszył w kierunku, w którym ostatni raz widział tą całą trójkę. Nieco minęło, nim znalazł ich w podobnej sytuacji, jak poprzednio. Towarzysz chłopaka znów ujadał jak najęty, a dziewczyna próbowała zagrodzić mu drogę, zupełnie jakby był jakimś potomkiem jaszczurek i potrafił chodzić po drzewach, które szczególnie upodobał sobie Tekliusz. Niestety, nie pomogło gwizdanie ani nawoływanie pupila, toteż czarnowłosy zmuszony był do podejścia i złapania za jego kark, ciągnąc przy okazji w przeciwną stronę. Zwierzak z początku stawiał opór, lecz w końcu uległ "namowom" swojego właściciela, pozwalając się odciągnąć od tego całego harmidru. Dla pewności Alex uklęknął przy nim, wzmacniając jednocześnie uścisk wokół szyi psa, by temu nie przyszło ponownie do głowy zaatakować pupila przywódczyni. Jak natomiast zareagowała ona sama? Wyglądała, jakby samym swoim spojrzeniem chciała wypalić dziurę zarówno w osobie będącej naprzeciwko niego, jak i jego zwierzaku. Ci nie pozostali jej dłużni, odpowiadając tym samym, jednak ze zdwojoną siłą. Ów wojna na spojrzenia trwała niemal całą minutę, która zakończyła się kapitulacją z lekka podnerwionej Katelyn.
- Czy ty nie potrafisz trzymać tego psa na smyczy? Albo załóż mu kaganiec...
- Nie będziesz mi mówić, jak mam zachowywać się wobec własnego psa. Równie dobrze ja też mogę kazać ci pozbyć się tego wrednego sierściucha, który zapewne już teraz obmyśla nowy plan na to, jak bardziej utrudnić mi życie.
Jak na zawołanie kot zeskoczył z drzewa, lecz zamiast zatrzymać się przy swojej właścicielce, ruszył niezbyt zgrabnym pędem w stronę Aker'a. W połowie drogi czarnowłosy zobaczył, jak łapy jego wroga wyposażone zostały w pazurki, pozostawiające po sobie małe wgniecenia w ziemi. Zareagował intuicyjnie, wstając oraz zastępując drogę temu małemu króliczkowi samego Lucyfera, który mimo tego się nie zatrzymał. Z całej siły - wynikającej z wagi (niestety, szczupłą sylwetką nie grzeszy), a także rozpędu - wbił się zatem w nogę Alex'a, który dał o tym znać jedynie poprzez wściekłe spojrzenie, kiedy zwracał się w stronę dziewczyny, mówiąc i przy okazji wskazując na swoją nogę:
- Oto dowód na to, że ten zwierzak jest nienormalny i powinien zostać uśpiony albo coś w ten deseń. Na mnie to nie robi większego znaczenia, ale pomyśl sobie, co by było, gdyby ktoś inny był na moim miejscu. Przecież ten zwierzak jest jakiś podejrzany, nie wspominając o tym, że zachowuje się jak człowiek. Mam chociaż nadzieję, że zaszczepiłaś go przeciwko wściekliźnie... - widząc zagubiony wzrok przywódczyni klanu ludzi, dopowiedział - Czyli jednak nie. No to pięknie, po prostu cudownie.
Lekko wprowadzony z równowagi, bez zbędnych ceregieli oderwał naprzykrzającego się mu już od czasu pierwszego spotkania Tekliusza od swojej nogi, resztkami strzępków sumienia powstrzymując się od rzucenia nim na odległość. Zamiast tego puścił go na ziemię, a ten niemal natychmiast pobiegł w kierunku swej właścicielki, nieznacznie podkulając ogon. Następnie Walker, patrząc w stronę psa, wykonał ponaglający gest głową, dodając:
- Chodź, spadamy stąd. Nie mam zamiaru więcej widzieć tego czegoś na oczy.
Pies, wyczuwając emocje targające swoim panem, usłużnie poszedł za nim w stronę osady, nie zwracając uwagi na nic poza równym tempem oraz podążaniu krok w krok za chłopakiem. Ani jeden, ani drugi nie odwrócił się już więcej w stronę postawionej w kompletnym osłupieniu Katelyn, trzymającej na rękach swojego małego towarzysza.

- - - 

<Kotek? Wybacz bezsens, ale mam dzisiaj zły dzień i musiałam jakoś pozbyć się tego czegoś... I tak jak obiecałam, 666 słów >:3 No i życzę powodzenia ^^ >

wtorek, 30 maja 2017

Od Alex'a cd. Senill "Ja to mam szczęście..."


[takie słabe +12]

... jakiś bliżej nieokreślony osobnik rzucił się w stronę wciąż siedzącej na trawie trójki ludzi. Ci nie mieli jednak czasu na reakcję, toteż była to scena rodem wyjęta z filmu: niebezpieczeństwo zmierza wprost na głównych bohaterów, a ci przez swego rodzaju zaskoczenie oraz szok nie są w stanie nawet się poruszyć. Tak też było tym razem z tą różnicą, iż osoba odpowiedzialna za tamtą rzeź kotów rzuciła się nie na całą grupę, a pojedynczą osobę. I nie, nie była to Senill czy też sam czarnowłosy. Postać z siekierą w ręce za cel obrała sobie przywódczynię klanu ludzi, której oczy omal nie wypadły z orbit na widok narzędzia tamtej zbrodni, uniesionego ku górze w wyrazie zamachu. Któraś z dziewczyn wydała stłumiony krzyk, chłopak usłyszał chyba jeszcze czyiś pisk. Nie zwracał jednak większej uwagi na te drobne szczegóły. W tamtym momencie, zamiast biernie przyglądać się rozgrywanej przed jego oczami scenie, instynktownie wstał i zasłonił samym sobą próbującą ukryć się za swoimi dłońmi Katelyn. Gest dziewczyny nie miał jednak większego sensu w walce z zapewne ostrą jak brzytwa oraz wciąż oblepioną krwią klingą.
Niektórzy mogą teraz sądzić, iż Walker bawi się w bohatera. Nie można zaprzeczyć, że w pewnym sensie to prawda. Warto jednak wziąć pod uwagę, że są trzy rodzaje wybawców. Pierwsi z nich, kiedy wszystko jest ok i nie ma żadnych problemów, ogłaszają się jako obrońcy ludzi, żądając oklasków za nic-nie-robienie. Kiedy natomiast robi się gorąco, nagle ów herosi znikają, pozostawiając wierzących w nich ludzi na pastwę losu. Z kolei ci, którzy uwielbiają być w centrum uwagi, robią to nie tyle co z powinności, a ze względu na uznanie. Oto właśnie udawanie bohatera, czyli drugi typ. Jaki jest więc trzeci, ostatni? To osoby, które robią to, co uważają za słuszne. Nie oczekują niczego w zamian, starając się niezbyt wyróżniać od innych. Taki właśnie podział zrodził się w głowie Alex'a kilkanaście lat temu, kiedy postanowił należeć do tej trzeciej grupy. Jego ego ciągle nie pozwala mu dopuścić do siebie myśli, czy aby na pewno wciąż jest jej członkiem, ale wtedy nie miało to większego znaczenia.
Tak naprawdę czarnowłosy nie pamięta, co wtedy dokładnie robił. Ma jedynie mgliste wspomnienie tego, jak zablokował uderzenie napastnika, zatrzymując rękojeść siekiery swoim przedramieniem. Następnie jakby znikąd w jego dłoniach pojawiły się dwa noże, na widok których oczy przeciwnika rozszerzyły się nieznacznie. Warto także dodać, iż jego twarz agresora zasłonięta była maską podobną do tej należącej do Deadshot'a, bohatera "Legionu Samobójców", ale to tak nawiasem mówiąc. Przez chwilę oboje mierzyli się nawzajem wzrokiem, zapewne obliczając swoje szanse na wygraną. W prawdzie osobowość chłopaka nie pozwalała mu dopuścić się chociażby pomyślenia o przegranej, jednak wszystko jest przecież możliwe, czyż nie? Opcja ta stawała się jeszcze bardziej realna, kiedy zobaczył przyczepione do pasa swojego wroga dwie sztuki broni palnej wraz z dodatkowymi magazynkami, przy czym nie miał najmniejszej wątpliwości co do tego, iż to nie jedyny arsenał znajdujący się w zanadrzu osoby stojącej naprzeciwko niego. W końcu zwrócił uwagę na kolor tęczówek, nienaturalnie ciemnych, z omal nieodróżniającą się źrenicą. Pałały one dziwną żądzą zemsty oraz czegoś na kształt złości z tego, że ktoś w dokonaniu owego odwetu przeszkodził.
- Facet, spierdalaj mi stąd. Mam robotę, a wieczorem chcę obejrzeć sobie jeszcze jakiś film, tak więc bądź tak miły i pozwól mi dokończyć robotę. A właśnie, zakupy jeszcze muszę zrobić.
Walker nie wiedział, co zaskoczyło go bardziej. To, że napastnik się w ogóle odezwał, fakt, iż jego głos był podejrzanie zmiękczony przez maskę czy też to, że ten zaczął go obrażać. Nikt nie ma bowiem prawa zwracać się w taki sposób do Alex'a, nawet sama przywódczyni.
- Spierdalaj se sam, rzeźniku od siedmiu boleści. Ja też chcę sobie obejrzeć wieczorem swój ulubiony serial, a i zakupy to nie jest zły pomysł. Poza tym, mam jeszcze parę innych spraw na głowie. Tak więc widzisz, skoro oboje mamy tyle pracy, może bez zbędnych ceregieli pozwolisz mi skopać sobie dupsko, po czym nie piśniesz słówka, kiedy będę je wrzucać do aresztu. Co powiesz na taki układ, ty niedorozwoju ludzkiego pochodzenia? - Odpowiedział.
Zamiast słów czarnowłosy zauważył wzmacniający się wokół rękojeści broni uchwyt dłoni, nieco dziwnie wyglądającej w rękawicach będącymi częściami jakiegoś uniformu roboczego, w niektórych miejscach poprzecieranego lub zabrudzonego. Nie można było rozpoznać, do jakiej profesji byłby odpowiedni, ale to już mniejsza z tym. Aktualnie chłopak nie zwracał na to uwagi, poświęcając ją nagłym ruchom ze strony swojego przeciwnika. Ten bowiem ponowił zamach, za swój cel obierając osobę za plecami Walkera. On jednak powtórzył wcześniejszą czynność, przy okazji odpychając wroga kilka metrów dalej z głupim i nieodpowiednim do sytuacji kpiarskim uśmieszkiem, mówiąc:
- Jak chcesz się do niej dostać, to tylko i wyłącznie po moim trupie, a to się zbyt szybko nie zdarzy, przykro mi. Tak więc masz do wyboru: albo zabrać siedzenie gdzie pieprz rośnie, albo porozmawiać sobie ze mną inaczej. Twoja decyzja, czas ograniczony. Tik -tak.
- Nie będę się zniżać do twojego poziomu. Poza tym, jeszcze twoja śliczna buźka ucierpi i czym będziesz wyrywał panienki? Teksty dużo ci nie dadzą, a osobowość masz paskudną.
Odpowiedź nadeszła niemal natychmiast, a w połowie drugiego zdania czarnowłosy omal nie wybuchnął śmiechem. Kto bowiem inny podejrzewałby go o taką pustotę jak zupełnie obcy człowiek, który za cel życia obrał sobie śmierć przywódczyni? Nie trzeba także mówić, iż to stwierdzenie niemało rozbawiło chłopaka... No bo jak to? Jego charakter paskudny? Przecież te dwa wyrazy nie mają prawa istnieć w jednym, twierdzącym oraz spójnym zdaniu.
- By być na równo z moim poziomem, musiałbyś się nieźle napracować, bowiem to właśnie ty nie dorastasz mi nawet do pięt. Co się tyczy natomiast mojej buźki, zawsze możesz mi przecież pożyczyć swoją maskę, prawda? Da mi ona +300 do zajebistości, a panienki nie będą w stanie oderwać ode mnie wzroku. - słysząc pełne irytacji westchnienie gościa w masce, na jego twarzy ponownie zagościł szyderczy uśmiech - A tak poza tym, nieco nie fair za przeciwnika wybierać osoby bezbronne czy też słabsze. Zmierz się ze mną, wtedy masz szanse na przegraną. I to dużą. Chyba, że się boisz.
Na reakcję nie trzeba było długo czekać. We wtórze dziwnie wysokiego okrzyku bojowego, marna kopia Deadshot'a ruszyła w stronę chłopaka. Ten poczekał kilka sekund, aby w odpowiednim momencie wykonać szybki oraz zwinny unik, jednocześnie fundując napastnikowi mocne uderzenie w lewy bok, wykorzystując do tego rękojeść trzymanego przez siebie ostrza. Zdenerwowany przeciwnik ponowił próbę, nie raz i nie dwa starając się przepchnąć obok Walkera, torując sobie w ten sposób drogę do przywódczyni. Alex jednak zdecydowanie zadbał o to, aby Katelyn bliżej było do zostania multimilonerką niż trupem. Ów wymiana ciosami trwała kilka minut, w ciągu których wróg klanu ludzi zdążył się porządnie zmęczyć, o czym świadczył urywany oraz ciężki oddech. Natomiast przedstawiciel całej trójki jak gdyby nigdy nic przyglądał się temu wszystkiemu z kpiarskim uśmiechem, obracając w dłoniach oba noże. Nim zdążył jednak ponownie rzucić jakiś kąśliwy komentarz, przeciwnik ponowił atak, tym razem trafiając go w szczękę z wykopu. Zszokowany, obrócił się o 90°, wzrokiem natrafiając na przytulone do siebie i oglądające wszystko z otwartymi buziami dziewczyny.
- Co wy tu jeszcze robicie, do diabła? Senill, zabierz stąd Katelyn. Już. I bez dyskusji.
Mimo iż nie krzyczał, jego głosowi daleko było do delikatności. Jednym z powodów był szybko rozchodzący się po szczęce ból, który aktualnie rozcierał swoją lewą dłonią, trzymając ostrze między palcami. Zerknął wrogim spojrzeniem na swojego wroga, w którego oczach nie dało się nie zauważyć zadowolenia.
- Nie patrz mnie wkurwiać. Nie mam nastroju do żartów, a uwierz - lepiej mnie nie denerwować.
Ten w odpowiedzi zaśmiał się głośno, próbując przy okazji ponowić swój ruch. Teraz jednak został on zablokowany przez dłoń Walkera, który nie pozwolił znów wrócić kończynie na ziemię. Od napastnika dało się wyczuć z wolna ogarniającą go panikę na widok uwięzionej między palcami chłopaka łydki, której zdecydowanie nie miał w planach puścić.
- Czy do twojego debilnego mózgu nie dociera to proste zdanie "Nie patrz mnie wkurwiać"? - rzucił czarnowłosy, powoli podnosząc wzrok na osobę stojącą naprzeciwko niego - Tak więc wytłumaczę ci je nieco inaczej.
W tamtym momencie Alex zapomniał o wszystkim dookoła. W głowie znów pojawiły się te wszystkie nauki, którymi tak truł go ojciec od najmłodszych lat. Teraz miały one swoje ujście i zastosowanie w tej właśnie potyczce, w której po przekręceniu nogi przeciwnik upadł twarzą do ziemi, przy okazji ponownie wydając podejrzanie wysoki okrzyk bólu. Czarnowłosy nie zwracał jednak na to uwagi, wykonując zamach oraz przewracając leżącego na plecy, by następnie usiąść na nim okrakiem tylko i wyłącznie po to, by zacisnąć dłonie na jego szyi. W świadomości zapaliła mu się czerwona lampka, lecz w tamtym momencie był zbyt zaabsorbowany potrząsaniem wijącym się pod spodem ciałem byłego śmieszka, z którego gardła wydobywały się teraz podejrzane odgłosy bólu.
- A teraz powiedz, kto cię nasłał oraz dlaczego to robisz. I nie wciskaj mi kitu, że nie wiesz, o co chodzi, bo i tak ci nie uwierzę. Nie mam pięciu lat. - Powiedział, zmniejszając nieco uścisk, aby ten mógł odpowiedzieć.
Zamiast tego usłyszał jednak wiązankę przekleństw pod swoim adresem, szybko stłumioną przez odcięcie dopływu tlenu. Chwila wyczekiwania sprawiła, że przeciwnik w końcu poddał się, patrząc na Walkera nienawistnym spojrzeniem ciemnych oczu. To jednak nie ruszało jego "kata", który przez kilka następnych minut powtarzał ten sam praktycznie rozkaz, kończący się za każdym razem tak samo. Był tym tak zajęty, iż nie zauważył nadchodzącego z bocznej uliczki podobnego do tego leżącego pod nim przebierańca. Z jego obecności zdał sobie sprawę dopiero wtedy, gdy pod butami skradającej się osoby można było usłyszeć zgrzyt kamieni. W ostatniej chwili pochylił głowę, unikając spotkania swojej potylicy z łomem. Niestety, jego ruch spowodował zmniejszenie odległości między nim a jego ofiarą, czego ta nie śmiała przepuścić. Nie ma się więc czemu dziwić, że tak szybko jak chłopak uciekł przed narzędziem, tak szybko cofnął się w efekcie uderzenia w twarz. Spowodowało to, iż uścisk wokół szyi byłego napastnika zelżał, przez co wkrótce Alex klęczał na ziemi sam, palcami rozcierając nos.
- Teraz też będziesz taki mądry, panie zakuty łeb? - oschłe pytanie przecięło ciszę.
Czarnowłosy podniósł wzrok tylko i wyłącznie po to, by na wysokości swoich oczu zobaczyć ostrze jego własnego noża skierowane w stronę swojego właściciela. Trzymane było ono przez osobę chcącą pozbawić życia przywódczyni, za której plecami stał jej towarzysz, ubrany podobnie jak swój wspólnik w podniszczony strój roboczy. Ten jednak miał maskę coś a la Batman, jednak z jednym uchem krótszym niż drugie.
- Ja zawsze jestem mądry, bo ktoś przecież na tym popierdolonym świecie musi mieć jakieś pojęcie o paru rzeczach, nie będąc ograniczany przez mózg wielkości orzeszka. - zauważając drgające nerwowo mięśnie całej dwójki, uśmiechnął się do siebie w myślach i kontynuował, nie spuszczając wzroku ze swojego pierwszego przeciwnika - Ja widzę to tak. Twojego kumpla rozłożę w dwie sekundy, fundując mu ciosy przydatne w czasie samoobrony przy duszeniu od przodu. Ty natomiast będziesz próbować zranić mnie moim własnym nożem, który dla niekumatych w tych sprawach jest specjalnie wykonany dla osób leworęcznych, a z tego co widziałem i widzę, twoja prawa ręka jest z pewnością sprawniejsza. Będziemy unikać zranień przez kilka minut, w czasie których twój liczący gwiazdki na niebie wspólnik zdąży się pozbierać. Kiedy jednak zobaczy naszą dwójkę, w trosce o swoje męskie przyrodzenie ucieknie gdzie pieprz rośnie. Ty natomiast tak się na niego wkurzysz, iż nie zauważysz mojego ciosu, który nawiasem mówiąc będzie ostatni w tej potyczce. Jakieś pytania?
Odpowiedział mu jedynie gromki śmiech ze strony stojącej przed nim dwójki. Ten westchnął głęboko, a po wspomnieniu przez przyszłe trupy o jego pewności siebie, rzucił:
- A więc przekonajmy się o mojej nieomylności. Przecież i tak kłamię jak z nut, prawda?
Po odebraniu ostrza, kilku minutach przekleństw pod różnymi adresami oraz kilku płytkich ranach, biała klinga Meridies znalazła się na ozdobionej już siniakami skórze napastnika. Wszystko potoczyło się tak, jak powiedział o tym Walker. Jego ego już chyba bardziej napuchnąć nie może.
- Poznajmy może, kto kryje się za tą maską... Chyba że jesteś kimś w rodzaju Spider-Man'a, którego tożsamości nikt nie może poznać... A nie, przecież on ratował ludzi, a nie ich krzywdził... - przeciągał, prawą ręką próbując ściągnąć ów nakrycie z twarzy osoby przyciskanej do ściany.
Ta szarpała się, ale ze względu na skrępowane ręce (co na to poradzić, że się szarpała) oraz sztylet nie mogła nic poradzić na to, co chciał zrobić chłopak. Bez zbędnych ceregieli ściągnął kamuflaż z głowy przeciwnika, widząc...
- Jasny gwint... - tylko to było w stanie opuścić jego gardło, kiedy przyglądał się ciemnobrązowym, wręcz czekoladowym włosom swojego nemezis, który okazał się być... kobietą.
Oczy omal nie wypadły mu z orbit, a ogólne zaskoczenie na chwilę odebrało zdolność rejestrowania czegokolwiek. Zostało to wnet wykorzystane, przez co kilka sekund później czarnowłosy stał sam z wciąż uniesionym ku górze ostrzem. Z tego transu wyrwał go dopiero spanikowany głos Senill, która wypadła z najbliższego zaułku z zapytaniem, gdzie jest wróg i czy nic mu się nie stało. Ten, po rozejrzeniu się dookoła siebie, oparł się plecami o ścianę, po czym rzucił:
- Chyba się zakochałem.

- - -

<Senill? Słoiczki nie pomogły, ale czekolada tak ^^ A tak nawiasem mówiąc, powodzenia xd Alex >:3 >

poniedziałek, 8 maja 2017

Od Alex'a cd. Katelyn


W sumie może nawet lepiej, że koty wróciły do domu przywódczyni. W przeciwnym wypadku mogłyby zostać ofiarą wciąż zdenerwowanego Alex'a, który z niedającym się ukryć grymasem wyrzucił do kosza pusty papierek po czekoladzie, będącym ostatnim posiłkiem Tekliusz w jego domu. Nigdy już bowiem więcej nie wpuści tego pupilka Lucyfera do środka, nawet gdyby nadeszła powódź czy coś w tym rodzaju. Za jedyny plus tej sytuacji można uznać fakt, iż kakaowy smakołyk już wcześniej został w dość dużym stopniu pochłonięty przez czarnowłosego. Lecz jak to się ma do tego, że ten wyliniały kot pożarł aż sześć kostek? Przecież to niedopuszczalne... Walker będzie się musiał solidnie zastanowić, czy aby sojusz z krwiożerczym kotem wciąż jest i będzie aktualny. Odłożył sobie jednak ten temat na później, gdyż teraz - zaabsorbowany rytuałem krojenia ciasta oraz wyobrażaniu sobie, jak też smakuje - wolał się skupić bardziej na przyjemniejszych i dających więcej radości rzeczach niż na rozmyślaniu o przebrzydłym futrzaku oraz swojej zemście na nim.
- Alex... Ja chcę większy kawałek. Zasłużyłam sobie na niego.
Wypowiedź Kat przerwała jego rozmyślania, przez co wrócił do rzeczywistości. Spojrzał spod zmrużonych lekko powiek na ukrojony fragment ciasta, który powinien spokojnie zaspokoić głód dorosłego człowieka. Następnie przeniósł wzrok na dziewczynę, odpowiadając:
- Na moje to ci wystarczy. Poza tym, martwię się o ciebie i nie chcę, żebyś się przejadła. Nie mam lekarstw na problemy gastryczne.
Ta, wyczuwając fałszywość jego słów, odpowiedziała z niedowierzaniem wymalowanym na twarzy:
- Dobra, a tak na serio? Przyznaj się, że chcesz go mieć w większości tylko i wyłącznie dla siebie.
Chłopak uśmiechnął się półgębkiem, zabierając swoją - skromniejszą w porównaniu do tej znajdującej się na talerzyku dziewczyny - porcję wypieku.
- A tak na serio nie chcę potem słuchać twojego biadolenia na temat tego, że przeze mnie przytyłaś. Poza tym, cukier ci skoczy, a nie mam zamiaru biegać za tobą po całej osadzie i tłumaczyć się innym, iż nie brałaś dragów ani innych proszków szczęścia. Już kiedyś tak miałem i nie mam zamiaru powtarzać tych jakże banalnych wymówek. I niestety, ale ciasto zostaje u mnie. Moje składniki, mój piekarnik, moja forma, mój dom. Tort też więc mój, ewentualnie mogę oddać ci lukier, który swoją drogą nawet jest dobry. - Kończąc oblizał łyżeczkę, jeszcze przed chwilą zawierającą porcję wypieku.
Dziewczyna poszła w jego ślady, odpowiadając dopiero po chwili:
- Egoista. Nie przytyję od jednego kawałka, a ciebie nie zbawi malutki fragmencik podarowany mnie. W końcu to był mój przepis, a i ja nieco pomogłam w przygotowaniu.
Czarnowłosy podniósł wzrok do góry, zupełnie jakby się nad czymś zastanawiał.
- Hmm... Nie. - Powiedział, ponownie nabierając na łyżeczkę nieco bomby cukrowej.
- I tak wiem, że odstąpisz mi kawałek. Przecież mnie lubisz, prawda? Nie daj się prosić...
Alex w odpowiedzi pokręcił przecząco głową, uśmiechając się kpiąco w jej stronę.
- Jestem uparty, musiałabyś mieć więc dość mocny argument na to, bym się podzielił. A wiedz, że jak na razie bardziej realistyczne jest dla mnie wyrzucenie tego do śmietnika niż oddanie tobie chociażby okruszka. Sprawę lubienia ciebie wolę zostawić pod znakiem zapytania.
Ta zrobiła obrażoną minę, wymachując ciągle oblepioną od lukru łyżeczką tuż przed oczami Walkera.
- Jako przywódczyni klanu ludzi rozkazuję ci dać mi pozostałe ciasto. I bez dyskusji.
- Taki argument jakoś słabo do mnie przemawia. Muszę cię uświadomić, że nie słucham nikogo innego oprócz siebie samego. Ta rozmowa może więc trwać w nieskończoność, jeśli nie wymyślisz lepszego powodu. Tak więc jak na razie odpowiadam nie. I bez dyskusji.

~~~~~~~^^~~~~~~~

Od tamtego wydarzenia minęło kilka tygodni, w czasie których ciemnowłosa zapewne zaczęła przeklinać dzień, w którym postanowiła wybrać się tamtej feralnej godziny na spacer wraz ze swoimi towarzyszami. Był to swoisty wybór X, ponieważ to od niego wszystko się zaczęło. A co konkretnie? Otóż Alex zna już na wylot rozkład mieszkania Katelyn, niejednokrotnie sprowadzając na nią stan przedzawałowy pojawiając się jakby znikąd w jej lokum. Dziewczyna dała sobie jednak w końcu spokój z prośbami o zaprzestaniu "napastowania" jej osoby ze strony czarnowłosego, za wszelkie nagłe ubytki w lodówce oraz innych produktach żywnościowych obwiniając właśnie jego. Praktycznie nie mijało się to w dużym stopniu z prawdą, ale to już mniej ważne. Jak miała się relacja między Walkerem a Tekliusz? Można by powiedzieć, iż zaczęli się wspólnie znosić. Co jakiś czas zdarzały im się spięcia na kształt ludzkich kłótni, lecz w końcu i z tym dawali sobie spokój. Sytuacja pogorszyła się jednak wraz z obecnością pewnego zwierzaka, jakże lubianego przez Midnight'a.
- Aker! Zostaw tą zdechłą wiewiórkę, idziemy!
Pies zareagował niemal natychmiast, na odchodnym rzucając nieco zawiedzione spojrzenie w stronę truchła. Następnie puścił się biegiem, w kilka sekund zrównując krok ze swoim właścicielem. Alex miał nadzieję, że jeśli jego towarzysz nieco sobie pobiega, przez resztę dnia da mu święty spokój. Jak na razie metoda ta okazała się być skuteczna, dzięki czemu czarnowłosy miał więcej czasu na nic nie robienie. Sprawy nieco się skomplikowały, toteż ostatnio nie wiedział, co ma robić z wolnym czasem. Najczęściej wychodził na plac i obserwował ludzi tam się gromadzących albo odwiedzał przywódczynię, jakże łatwo dającą się wyprowadzić z równowagi. Jeśli natomiast chciał nieco poleniuchować w domu, jego zwierzak wnet znalazł mu jakieś zajęcie. Głaskanie, drapanie po karku, zabawa w "znajdź ten przedmiot", najczęściej ukryty za poduszką najbliższą ręce jego właściciela to tylko kilka z jakże zmyślnych pomysłów, jakie znalazły się w tej nadzwyczaj inteligentnej głowie futrzaka. Teraz na szczęście pies był bardziej skupiony na równym truchcie u boku chłopaka oraz na równoczesnym pokonywaniu tych samych przeszkód co on. Sierściuch nie musiał oczywiście pochylać się, aby nie zaliczyć spotkania twarzą w korę ze zwisającymi nisko gałęziami. Mimo tych niedogodności Walker wolał zdecydowanie bardziej to niż tak jak inni ciągle przebywać w tym gwarnym oraz tłocznym mieście. Czasami trzeba po prostu odetchnąć   od tego wszystkiego... Jego rozmyślania zostały przerwane przez nagle zatrzymującego się towarzysza. Chłopak zauważył to dopiero po chwili, dlatego przystanął kilka metrów dalej, patrząc na psa z wyczekiwaniem.
- Dalej, idziemy. Jeszcze tylko dwa kilometry i wracamy do domu.
Ten jednak nie zareagował, pochylając pysk ku ziemi, po czym węsząc ruszył w stronę, z której oboje przybiegli. Czarnowłosy nie widział zatem innego wyjścia jak tylko ruszyć za zwierzakiem. Pies powoli wędrował w kierunku wysokiego żywopłotu tylko i wyłącznie po to, by nagle zniknąć po jego drugiej stronie. Alex po chwili poszedł w jego ślady, w duchu obiecując sobie, że jeśli to kolejny "pościg" za martwą wiewiórką, przez następne dni psiak nie dostanie kości na obiad. Chociaż znając życie, w takim postanowieniu wytrzymie godzinę, może dwie. W końcu rozejrzał się dookoła, a kiedy nie zauważył niczego godnego uwagi, westchnął głęboko i rzucił w stronę psa, odwracając się jednocześnie na pięcie.
- Aker, wracamy. Tu nic nie ma, a ja nie mam zamiaru szwędać się po les...
Nie skończył, bowiem w tamtym momencie jego czworonożny towarzysz zawył przeciągle, puszczając się biegiem w bliżej nieokreślonym kierunku. Czarnowłosy zaklnął pod nosem, po czym zawołał futrzaka. Nie odzyskał jednak odpowiedzi, wręcz przeciwnie. Sierściuch przyspieszył, za nic mając prośby swojego właściciela o powrót. Wkrótce zniknął z pola widzenia człowieka, który poważnie zaczął rozważać zostawienie pupila w środku lasu. W końcu doszedł jednak do wniosku, iż prędzej czy później zacznie szukać piechura. Zrezygnowany ruszył więc wgłąb gęstwin, pod nosem mrucząc niezbyt miłe słowa skierowane pod adresem Aker'a. Mimo to dobrze wiedział, że gdy tylko zobaczy psa niewidzialny oraz niepożądany przez Midnight'a kamień spadnie z jego serca. Zdążył już bowiem przyzwyczaić się do zwierzaka i pomimo tych wszystkich nerwów, jakich ów towarzysz przysporzył chłopakowi, nie mógłby teraz pozwolić na to, by coś mu się stało. Chociaż tak naprawdę nie miał pojęcia, dlaczego tak bardzo się o niego martwi. Nie raz i nie dwa futrzak sam wracał do domu, odnajdując do niego drogę nawet z drugiego końca osady. Sęk w tym, że wtedy nie pobiegł za niczym konkretnym, a został tam celowo zostawiony (tak, aż wstyd przyznać) przez samego Alex'a. Z początku miało to za zadanie pomóc w odnalezieniu jego prawdziwego domu, lecz z czasem stała się to forma sprawdzenia "inteligencji" zwierzęcia. Jak widać do dzisiejszego poranka, za każdym razem wrócił. Teraz Walker nie miał jednak takiej pewności co do tego, iż znów znajdzie drogę. W mieście jest bowiem wiele punktów orientacyjnych, w lesie natomiast jest nieco gorzej. Po raz kolejny wzdychając głęboko, przyspieszył nieco. Niestety, wnet zmuszony był zwolnić, przedzierając się przez gęste, nisko rosnące krzaki. Usta po raz kolejny opuściła salwa obcego języka, niezbyt przyjemnego dla uszu. Kiedy w końcu pokonał tą jakże niewygodną przeszkodę, w oddali usłyszał szczeknięcie psa. Jak najprędzej ruszył w tamtą stronę, po drodze znajdując tropy w postaci śladów odcisków łap w podmokłej glebie. Przykuły one uwagę Walkera jedynie na chwilę, gdyż po okolicy znów rozniósł się odgłos należący do zwierzęcia, tym razem będący przeciągłym - sprawiającym wrażenie smutku - wyciem. Chłopak słyszał je tylko raz. Było to w domu tego perfidnego voodoo, kiedy to sam czarnowłosy miał zostać marionetką w rękach "dziecka zła", jak głosił napis na jego koszulce. Nic więc dziwnego, że kiedy dźwięk ucichł, człowiek bez chwili zawahania - podobnie jak piechur wcześniej - puścił się sprintem w stronę, z której dobiegło go to smętne wołanie. W czasie biegu raz po raz wykrzykiwał imię psa. Ten natomiast odpowiadał mu kolejną salwą wycia, z każdym pokonywanym przez Midnight'a krokiem będącą coraz głośniejszą. Po kilku minutach, które zdawały się trwać godzinę, Alex wpadł zasapany na niewielką polanę. Nie zdążył się jednak nawet wyprostować po wręcz morderczym biegu przełajowym, kiedy został powalony na ziemię przez pewną sierściową kupę mięcha.
- Jasny gwint, Aker. Złaź ze mnie, oddychać nie mogę. - Rzucił z niezbyt dobrze ukrywaną urazą w kierunku czworonoga.
Ten za nic miał niestety jego mało przyjemną prośbę, zsuwając się jedynie nieco z klatki piersiowej chłopaka. On usiadł raptownie, dopiero teraz dostrzegając powód "zrozpaczenia" swojego towarzysza. Czarnowłosy chwycił oburącz pysk zwierzaka, przyglądając się wbitej w górną wargę w okolicy nosa, dość sporej wielkości drzazgę. Człowiek westchnął z irytacją, próbując złapać palcami odłamek drzewa.
- I było uciekać? Zaraz ci to wyciągnę, zaufaj mi.
Pies w odpowiedzi zaskomlał cicho, jednak nie odsunął się nawet na centymetr. Kilka sekund później "ciało obce" zostało odrzucone wiele metrów dalej, a pupil w ramach wdzięczności polizał swojego właściciela po twarzy, następnie wydając wesoły okrzyk radości w postaci szczeknięcia.
- Aker, ile razy mam ci mówić, że nie po oczach? Szczekania tak blisko mnie też się to tyczy. - Rzucił jakby od niechcenia, wycierając powieki o rąbek koszulki.
Sierściuch po raz kolejny wydał swój jakże charakterystyczny odgłos, a Walker uśmiechnął się mimowolnie. Następnie poklepał lekko towarzysza po karku, wstając z ziemi. Zrobił to tylko i wyłącznie po to, by poznać powód owego nieposłuszeństwa psa.
- Casper? Co ty tu robisz? - zapytał opierającą się o pobliskie wiekowe drzewo dziewczynę, z której oczu wręcz wyciekała... nienawiść?
- Co ja tu robię? Mogłabym zapytać cię o to samo, podobnie jak tego twojego wstrętnego kundla...
Alex słysząc tą obrazę pod adresem swojego psa, zrobił krok w stronę przywódczyni, próbując zachować swobodny ton oraz obojętny wyraz twarzy. Udało mu się to dość średnio.
- Czekaj no, coś ty powiedziała? Teraz wstrętny kundel, a jakiś czas temu zachwalałaś go tylko i wyłącznie dlatego, żebym nie oddawał go do schroniska. Poza tym, ciekaw jestem, co też mogło ci się stać, że nagle aż tak bardzo go nie lubisz.
Ta w odpowiedzi wyciągnęła spod płaszcza (zaprawdę powiadam wam, nie mam pojęcia, kto przy temperaturze powyżej 15°C chodzi w tak grubym nakryciu) swojego przesławnego kota Tekliusza. Dziwne było nieco to, że jego futerko było całe mokre mimo tego, iż nie padało.
- Ten twój super pies - zaczęła, wyciągając przed siebie ręce wraz z kociakiem, a chłopak musiał syknąć cicho w kierunku towarzysza, by ten nie pobiegł na złamanie karku w stronę Miauczysława - omal nie pożarł mi Tekli. W ostatniej chwili zdołałam ją uratować.
Czarnowłosy przez chwilę zachował pełną powagi twarz, jednak w końcu dał za wygraną. Zgiął się w pół ze śmiechu, opierając lewą dłoń na szyi zwierzaka, aby temu nie przyszło czasami na myśl ponowić próbę "zabójstwa".
- Mam nadzieję, że twój mały Lucyferek nie będzie miał traumy na przyszłość. Co to by była za tragedia... - powiedział w przerwach między kolejnymi falami śmiechu.
Ciemnowłosa po raz kolejny spojrzała ze złością na chłopaka, odpowiadając mu z jadowitym uśmieszkiem niezwiastującym niczego dobrego.
- Tekliusz jest silna, da sobie radę. Przecież była miażdżona ledwo kilka sekund, a twojego kundla obkładałam gałęzią o wiele dłużej.
To momentalnie przywróciło chłopaka do wcześniej utraconej powagi, kiedy mierząc chłodnym spojrzeniem przywódczynię zapytał tonem, który niejednego człowieka mógłby przyprawić o ciarki:
- Coś ty powiedziała? Nie, nie chodzi mi o tego kundla. Biłaś mojego psa kawałkiem drewna?
Odpowiedź nadeszła niemal natychmiast, a Tekla znów zniknęła pod płaszczem:
- Najpierw szczekał, więc chciałam go odgonić. On nie reagował, dlatego uderzyłam go kilka razy, na co ten... Niemal połknął mojego kochanego kotka w całości. Dopiero, kiedy złamałam na nim gałąź, zaczął wyć jak głupi i puścił Tekliusz. Potem ty przyszedłeś...
- Czyli chcesz mi powiedzieć, że najpierw ty zaczęłaś go walić jak jakaś wariatka kijem, a potem się dziwisz, iż chciał ci zjeść kota? - zapytał, przerywając jej jednocześnie i nie czekając na jej odpowiedź, odwrócił się w stronę psa i poklepał go po pysku, mówiąc - Dobry pies. Niech Kat ma nauczkę na przyszłość.

- - -

<Kotek? Miało być krótko, ale jestem łakoma na punkty xd Aha, powodzenia ^^>

wtorek, 25 kwietnia 2017

Alex ma towarzysza!

Naia-Art

Imię: Tak faktycznie nie wiadomo, jakie jest prawdziwe imię tego zwierzęcia. Pojawiło się ono w krainie Terra Nihil jakby znikąd, a jego ostatni (a może i pierwsi) właściciele nazwali go Rex, na co w ogóle nie reagował. Tak więc zaszczyt nadania nowego imienia przypadł chłopakowi, a jako że ten ma szczególne upodobanie do imion zaczynających się na literę A, nadał psu imię Aker.
Płeć: Pies. Bez żadnych wątpliwości.
Wiek: Trochę trudno to określić ze względu na brak jakichkolwiek informacji sprzed spotkania zwierzaka w domu voodoo. Alex przypuszcza, że jego wiek waha się w granicach od 4 do 5 lat, choć niewykluczone, że może być inaczej.
Żywioł: Podobnie jak jego właściciel, pies wykazuje przywiązanie do ciemności oraz ognia.
Opis: Aker to dość żywy i energiczny pies, który nie jest w stanie przesiedzieć w miejscu kilka godzin. Podobnie jak jego właściciel, jest otwarty na nowe znajomości. Mimo to nie podejdzie do nieznanej osoby jeżeli zauważy, iż Alex nie darzy jej zbyt wielką sympatią. Zazwyczaj to spokojny oraz łagodny psiak, jednak wystarczy jedno słowo lub gest Walkera zdradzające złość bądź tzw. napięcie, aby wnet stał się wzorowym psem obronnym, ukazującym wrogom niejeden swój kieł. Aker jest nadzwyczaj czujny oraz spostrzegawczy jak na zwierzę. Potrafi bowiem wyczuć emocje, jakie przepełniają w danym momencie wybraną osobę. Można stwierdzić, że niezbyt przepada za kotami, z wzajemnością zresztą. Warto także wiedzieć, iż lepiej nie wykonywać w jego pobliżu gwałtownych ruchów ręką bądź nogą, gdyż w tamtej chwili kuli się gwałtownie. Ma to zapewne związek z jego przeszłością, nieznaną nikomu w osadzie. Midnight pracuje nad zaniknięciem tych dziwnych odruchów, lecz efekty są małe i dość trudne do uzyskania. Jeżeli chodzi o lojalność, tutaj można dość dużo mówić. Czworonóg zawsze słucha swojego właściciela, a kiedy nie ma go w pobliżu (co zdarza się dość rzadko), sam "podejmuje decyzje". Nigdy nie zrobi czegoś, co mówi mu obca osoba lub ktoś, kogo wraz z Walkerem nie darzy sympatią. Tak - wróg Alex'a to wróg Aker'a i na odwrót. Co warto jeszcze wiedzieć o tym psie? Jest to w miarę dobrze zbudowany zwierzak, który potrafi przewrócić nawet swojego właściciela za pomocą jednego skoku. Posiada krótką, szarą sierść, dość łatwą do utrzymania w czystości. Jego oczy mają żywy, bladoczerwony kolor, a duże uszy zazwyczaj "trzęsą się" w czasie biegu. Mierzy on około 80 cm w kłębie, przy czym waży prawie 65 kg. Nie można dokładnie stwierdzić jego rasy, lecz potencjalnie jest to mieszaniec broholmera z niemieckim wyżłem krótkowłosym. Historia poznania Alex'a i Aker'a - > klik!
Moce: To najzwyczajniejszy w świecie pies, chociaż niekiedy zachowuje się, jakby był o wiele bardziej rozumny niż niejeden człowiek. Nie posiada żadnych mocy, chyba że za dar można uznać często nazywaną przez chłopaka "przekonującą minę", dzięki której ten nie jest mu w stanie niczego odmówić.
Właściciel: Alex >:3

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Od Alex'a - Quest 3


Przepełniany przez złe przeczucia, zwiększył i tak już dość żwawe tempo kroku. Od razu podejrzane zdawało mu się to, że Katelyn wzywa go do siebie o tak wczesnej porze. Nie ma także co ukrywać, iż chłopak najchętniej cofnąłby się do domu i ponownie zakopał pod nagrzaną jeszcze pościelą. Powstrzymywał go od tego jednak naglący ton jakiegoś dzieciaka, ryzykującego swoim własnym życiem dobijając się z samego rana do jego drzwi oraz przekazującego z ogromnym przejęciem wiadomość od przywódczyni. Pozwalając więc sobie na minutę zwłoki, zmieniając w tym czasie ubrania oraz zakładając buty, ruszył za młodzikiem w kierunku domu ciemnowłosej. Nie za bardzo rozumiał, dlaczego odprowadził go do samych drzwi. Każdy w osadzie wie przecież, gdzie mieszka Kat. Wyjaśnieniem okazał się być mały woreczek z brzęczącymi monetami w środku, który wylądował na dłoni dzieciaka zaraz po pojawieniu się w wejściu sylwetki dziewczyny. Po krótkiej rozmowie, młody niemal natychmiast odwrócił się na pięcie, biegnąc w stronę centrum z dzikim okrzykiem radości opuszczającym jego gardło. Czarnowłosy zignorował to jednak, przeciskając się obok przywódczyni i ruszając w stronę jej kuchni. Tam, bez zbędnych ceregieli, otworzył lodówkę oraz wyjął z niej coś, co wyglądało na połączenie spaghetti z serowym sosem i pieczarkami. Kilka sekund później talerz wraz z zawartością wylądował w mikrofalówce, a zapasy chłodziarki zostały zmniejszone o jedną, a właściwie to jedyną, puszkę napoju gazowanego. Chłopak postawił ją z cichym stuknięciem na stole, odwracając się w stronę szuflady w celu zabrania widelca. Kiedy sztućce podzieliły los cukrowej bomby w metalowej obudowie, ziewając skierował swój wzrok na właśnie kończącą swą pracę mikrofalówkę. Chwilę później siedział już przy stole, a w nozdrza wgryzł się zapach papryki, którą dość obficie został posypany makaron. On jednak to zignorował, skupiając wzrok na dziewczynie, jednocześnie otwierając puszkę:
- Wywaliłaś mnie z łóżka o piątej nad ranem. Wisisz mi więc co najmniej śniadanie, pozostałe przysługi z twojej strony wymyślę później. A teraz mów, o co chodzi?
Katelyn nie odpowiedziała zaraz, wzdychając głęboko i zajmując miejsce naprzeciwko czarnowłosego, zaczynającego właśnie śniadanie będące resztkami po wczorajszym "popisowym daniu" autorstwa samej przywódczyni. Miał już okazję spróbować je wcześniej, czego dowodem jest puszka napoju gazowanego, mająca za zadanie nie tylko pokrycie dziennej dawki cukru.
- Jest już szósta. Ten dzieciak dobijał się do twoich drzwi dobre pół godziny. Podobno dzięki tobie nauczył się nawet nowego języka.
Alex w odpowiedzi wzruszył jedynie ramionami, biorąc kolejny solidny łyk. Ton przywódczyni zwrócił jednak jego uwagę, toteż spojrzał w jej stronę, powoli odkładając trzymany w dłoniach przedmiot oraz widelec.
- Niemiecki to bardzo przydatny język. A teraz powiedz, jaki jest prawdziwy powód wyciągnięcia mnie z łóżka o tak wczesnej porze. I lepiej żeby było to coś ważnego, bo inaczej sojusz z Tekliuszem przestanie mnie interesować.
Ta spojrzała na niego z rezygnacją, odpowiadając:
- Uwierz mi, to jest ważne. I to nawet bardzo. Chodzi o kilku członków klanu... i o ciebie.

~~~~~~~^^~~~~~~~

Kilka godzin później siedział już na placu, obserwując z wolna zbierający się na rynku tłum zarówno handlarzy, jak i klientów. A skoro Walker to Walker, nie byłby sobą, gdyby nie zajął tej samej ławki co niemal każdego dnia, siadając na oparciu i przyciągając w ten sposób karcące spojrzenia mijających go ludzi. On jednak za nic miał ich opinię na jego temat, wygodniej opierając stopy na siedzisku, dalej konsumując tabliczkę czekolady. Zazwyczaj ograniczał się jedynie do kilku kostek, lecz dzisiaj ani myślał zostawiać chociażby okruszka. Powodem takiego zachowania były słowa przywódczyni, wciąż odbijające się jakby echem w jego głowie. Niezbyt martwiło go to, że "polują" także na niego. Szczerze życzył powodzenia temu pechowcowi, któremu przypadłoby zajęcie się jego osobą, gdyż bez walki się nie podda. Wracając do tematu, bardziej niepokoiło go to, iż znikają członkowie klanu. I nie, nie ma nic dziwnego w tym, że ludzie dziś są, a jutro ich nie ma, przy czym dowództwo przez dłuższy czas nic nie robi... Westchnął głęboko, patrząc na ostatnią już kostkę czekolady, która w następnej sekundzie zniknęła. Dlaczego siedział jak gdyby nigdy nic niemal w samym  centrum placu zachowując się, jakby o niczym nie wiedział? Odpowiedź jest dość prosta: ludzie widzą to, co chcą widzieć. Po co więc dawać im tematy do plotek dotyczących czegoś odbiegającego od normy, skoro można przeżyć i bez tego? Poza tym, o wiele łatwiej znaleźć potencjalnego "tego złego", jeśli nie trzęsie się jak galaretka czy też kolor jego skóry nie przypomina bielonej ściany. Tak więc, obrzucany złowrogimi spojrzeniami, - które interesowały go tyle co zeszłoroczny śnieg -  leniwym wzrokiem obserwował tłum zebrany na placu. Była to jego codzienna rutyna, tak więc niemal natychmiast zauważył spóźnienie ze strony Malarza - mężczyzny kilka lat starszego od Alex'a, który nazwał go tak ze względu na ubrania zawsze brudne od farby. Dzisiaj wpadł zasapany na rynek, biegiem zmierzając w stronę Piekarza, z którego fartucha chyba do końca świata nie zniknie mąka. Jednak to nie jego pośpiech zwrócił uwagę czarnowłosego, a ten wyrażający ulgę wyraz twarzy spóźnialskiego na widok chłopaka siedzącego na ławce. Walker uznał to za co najmniej dziwne, jednak nie miał okazji upewnić się co do tego, że to prawda. Malarz nie spojrzał już bowiem więcej w jego stronę, rozpoczynając swą codzienną rutynę: kupienie bułek, małe piwko, krótka kłótnia z rzeźnikiem i ponowny bieg, tym razem w stronę swojego domu.
Sytuacja powtórzyła się także następnego poranka oraz kolejnego, jakże podobnego do poprzedniego. Ten sam tłum, ci sami ludzie, starszy o kilkadziesiąt godzin Malarz teraz nie spóźniony, jednak i tak spoglądający z ulgą na czarnowłosego. Ten w odpowiedzi za każdym razem odwrócił się przez ramię, zupełnie jakby chciał zobaczyć powód uspokojenia podejrzanego. Niestety, nie ujrzał nic oprócz kilku drzew, budynków oraz pustych ławek. Tak więc dzisiaj, wyjątkowo nie czekając na całkowite zapełnienie placu, Alex ruszył w stronę uliczki, w której chwilę wcześniej zniknął Malarz. Chciał wierzyć, że to tylko jego chore urojenia, jednak zawsze, gdy tylko poddawał w wątpliwość "drugie oblicze" śledzonego, w głowie znów słyszał słowa Katelyn. Poświęcił zatem całe swoje przedpołudnie, obserwując wracającego do domu podejrzanego, ulokowanego na granicach osady. Dokładnie 27 minut i 17 sekund później wyszedł z mieszkania, nieufnie rozglądając się dookoła. Następnie poprawił założoną na plecach torbę, wydającą dziwne dźwięki nasuwające na myśl większe skupisko metalowych rzeczy. To jeszcze bardziej zwiększyło zainteresowanie Walkera, obserwującego całe zajście w cieniu pobliskiego budynku. Odczekał chwilę, odprowadzając wzrokiem szybko odchodzącego Malarza. Następnie ruszył w jego ślady, idąc za nim praktycznie na drugi koniec osady. Po drodze musiał - wraz z mężczyzną idącym przed nim - zatrzymać się kilka razy. Powodem było kilkakrotne spotkanie ze znajomymi czy też wchodzenie do niektórych z mijanych lokali, wychodząc z nich z coraz to bardziej przepełnioną torbą. Czarnowłosemu zdawało się to być co najmniej podejrzane. Wrażenie potęgował także fakt, iż za każdym razem, gdy Malarz opuszczał któryś z budynków, na jego twarzy gościło zaniepokojenie oraz lekkie zdenerwowanie. Jeśli wziąć więc pod uwagę te wszystkie drobne szczegóły można uznać, że Alex był niemal w 100% pewien, iż znalazł tego, którego szukał. Nie mógł jednak nic zrobić, dopóki nie przyłapał go na gorącym uczynku. Zmuszony więc był do ciągłego śledzenia go. Czynność ta trwała tak długo, dopóki mężczyzna idący przed nim nie dotarł... na plac budowy. Szczęka czarnowłosego opadła niemal do samej ziemi, kiedy obserwował Malarza wyciągającego z torby mieszadła do farb oraz inne pędzle. Nie ma co ukrywać, że wyobraźnia spłatała mu niezłego figla, ponieważ sądził, iż pakunek wypełniony jest innymi, bardziej podejrzanymi rzeczami. Wyszło więc na to, iż chłopak się pomylił. Westchnął z rezygnacją, kręcąc głową i powoli odwracając się na pięcie w zamiarze powrotu do domu. Nie uszedł jednak nawet dwóch metrów, kiedy drzwi mijanego właśnie domu otworzyły się raptownie, a Walker zdążył zarejestrować jedynie zmierzający w stronę jego potylicy kij do baseballa. I to by było na tyle z jego pewnością siebie w sprawie nie poddania się bez walki. 

~~~~~~~^^~~~~~~~

Pierwszym bodźcem, który przedarł się do świadomości czarnowłosego był dziwny dźwięk, dochodzący jakby z oddali. Przez pulsujący w głowie ból chwilę zajęło mu domyślnie się tego, co jest źródłem owych odgłosów. Ciche "KAP KAP" zdawało się być strasznie irytujące w tamtym momencie. Ciągle leżał nieruchomo, próbując zakodować wszelkie sygnały dochodzące z zewnątrz. Wyczuwał pod sobą zimną oraz twardą podłogę co świadczyło o tym, iż długo tutaj nie przebywał. To samo mówiły  jego nadgarstki, skrępowane jakąś liną, ale nie pozwalające wyczuć bólu. Powietrze przepełnione było wilgocią i czymś na kształt stęchlizny, nasuwając na myśl piwnicę, o czym chciał się osobiście przekonać. Nim jednak zdążył chociażby drgnąć powieką, z daleka dało się słyszeć czyjeś potężne kroki. Szybko porzucił myśl dania jakiegokolwiek znaku przytomności, pogłębiając oddech i rozluźniając mięśnie. Chwilę później usłyszał szczęk otwieranego zamka, a następnie dość silne uderzenie w prawy bok. Było ono na tyle mocne, że chłopak obrócił się o 180°, lądując twarzą do ziemi. Nie wydał z siebie jednak żadnego odgłosu, nie skrzywił się nawet na ujmujący ból żeber. Ciągle udawał nieprzytomnego, posyłając w myślach długą wiązankę łaciny na autora tego kopniaka. Kilka sekund później ponownie rozległy się kroki zmierzające w jego stronę, a on przygotował się na następną dawkę bólu. Zamiast tego usłyszał:
- Zostaw go, Wróbel. Dość mocno go walnąłeś, nie ocknie się przez następne kilka godzin. Pomóż lepiej w przygotowaniu rytuału, bo inaczej Ojciec będzie zły.
Po tych słowach w pomieszczeniu dało się słyszeć małą krzątaninę, by kilka sekund później mogła zapaść całkowita cisza. Czarnowłosy odczekał chwilę, powoli otwierając powieki. Nie zobaczył jednak więcej niż kamiennej posadzki oraz drewnianego "łóżka", zawieszonego kilkadziesiąt centymetrów nad ziemią. Popychany przez ciekawość, podniósł lekko głowę i rozejrzał się po otoczeniu, wyłożonym tymi samymi kamieniami co podłoga. Zatrzymał się jednak w momencie, kiedy jego wzrok skrzyżował się ze spojrzeniem pewnego czworonoga, z wolna zaczynającego warczeć gardłowo. Alex nie zdążył chociażby kiwnąć palcem, kiedy pies zaszczekał na tyle głośno, iż dźwięk jego głosu rozszedł się echem po całym korytarzu ciągnącym się za celą chłopaka. Walker po raz kolejny próbował udawać niczego nieświadomą osobę, wracając do wcześniejszego ułożenia, jednak ten hałas mógłby obudzić zmarłego. W celi ponownie rozległy się te ciężkie kroki, lecz tym razem nie skończyło się na zwykłym kopnięciu. Chłopak nagle został pociągnięty za tył koszulki do góry, a nie widząc sensu w dalszym udawaniu, spojrzał prosto w oczy dość rosłego  - zarówno we wzroście, jak i masie - bruneta mającego na oko mocno ponad trzydzieści wiosen. Na jego szyi, w miejscu przebiegu żył oraz tętnic. Nie zwrócił jednak na to wszystko większej uwagi, bowiem niemal natychmiast skupił wzrok na jego praktycznie przezroczystych tęczówkach, przybierających lekko błękitny odcień. Pies ciągle ujadał, przez co niezbyt dobrze usłyszał słowa potencjalnego Wróbla:
- No proszę, Nocna Gwiazda nam się obudziła. Ojciec będzie z ciebie dumny za taką punktualność, gdyż przygotowania są już zakończone. Czekaliśmy tylko na ciebie, Aleksanderze.
Czarnowłosy mimowolnie się skrzywił, jednak po chwili na jego twarzy znów zagościła ta sama zaciętość co zwykle, gdy odpowiedział:
- Fajnie to brzmi. Duma ojca, ja i punktualność, koniec roboty. Nawet wymyśliliście mi nową ksywkę, która niestety niezbyt przypadła mi do gustu. Aha, i nie mówi się Aleksanderze, a Aleksandrze. Mimo to nadal wolę skrót Alex. Szybciej oraz prościej, bez żadnych problemów ortograficznych i tak dalej. A teraz, gdybyś był tak miły, puść mnie. Mam jeszcze parę rzeczy do zrobienia... 
- Ojciec nie pozwala wypuścić nikogo przed rytuałem. Nie lubi także gadulstwa oraz bezczelności. - Przerwał mu, zaciskając dłoń na karku chłopaka i popychając go w stronę wyjścia.
Pies - ciągle nie przestający dawać znać o swoim istnieniu - podążył za nimi i żadne prośby Wróbla nie były w stanie go uciszyć. Walker nie zwracał jednak na to uwagi, próbując zmusić swoje mięśnie do współpracy. Jego wysiłki okazywały się być daremne, gdyż kiedy tylko pomyślał przynajmniej o zafundowaniu brunetowi prawego sierpowego, ta sama ręka zaczęła go nienaturalnie boleć. Przypominało to nieco wkłuwanie igieł, co rusz ich wyciąganie i po chwili znów przebijanie mięśni.
- Ojciec nie lubi, kiedy jego dzieci krzywdzą siebie nawzajem. Ceremonia inicjacyjna przebiegła więc jak najbardziej pomyślnie, nawet podczas twojej nieprzytomności.
Oczy czarnowłosego omal nie wyleciały z orbit, kiedy usłyszał ostatnie zdanie. 
- Że co?! O jakiej ceremonii ty mi tu pi******sz?!
W odpowiedzi otrzymał kolejne uderzenie w potylicę, jednak tym razem nie było ono tak mocne jak poprzednie z kijem w tle.
- Ojciec nie lubi, gdy jego dzieci źle się wyrażają. Ceremonia wprowadziła cię do podstawy naszej wiary, przez co nie jesteś w stanie zrobić nam jakiejkolwiek krzywdy.
Alex zacisnął mocniej szczęki, czując nieprzyjemne kłucie niemal we wszystkich kończynach. Chłopak nie miał wątpliwości co do tego, że to nie była zwykła inicjacja, a coś pozwalającego na dalsze "działania" tego, co rzekomy "ojciec"  planował z nim zrobić. Tak, Walker był niemal w 100% pewien, iż wkrótce pozna człowieka odpowiedzialnego za zniknięcie kilkunastu członków klanu ludzi. Mężczyzna znany z informacji podanych przez Katelyn jako Wielmożny Xavier, tak naprawdę praktykował rytuały voodoo - ceremonie narzucające ludziom czyjąś wolę oraz zmuszających ich do robienia rzeczy, których normalnie by nie robili. Z początku znikali przypadkowi ludzie, najczęściej samotnicy lub odludkowie. Kilka ostatnich ofiar stanowiło jednak dość bliskie otoczenie przywódczyni klanu, znikając niemal w przeciągu tygodnia. Midnight ciągle zastanawiał się, z jakiej okazji także jego obrano za cel, lecz dość szybko odrzucił te myśli na bok. Teraz próbował skupić się na obmyśleniu sposobu ucieczki przy nieco ograniczonych możliwościach samoobrony oraz ciągłym ujadaniu tego wstrętnego psa. Powoli odwrócił się przez ramię, mierząc czworonoga chłodnym spojrzeniem nienawistnych oczu, które niejednego człowieka przyprawiały o ciarki. Nie działało to jednak na futrzaka, odpowiadającego na to kolejną, jeszcze głośniejszą niż poprzednia, salwą gardłowych warknięć. 
- Zamknij się, do diabła! Stul dziób!
Ten jednak dalej szczekał, nie pozwalając zarówno dojść do słowa, jak i skupić się na czymkolwiek. Czarnowłosemu nie pozostało więc nic innego jak biernie podążać wraz z brunetem, to wchodząc po schodach, to przechodząc przez kolejne drzwi. Kiedy trafili do tych wykonanych z drewna zdobionego dość dziwacznym symbolem, czworonóg momentalnie ucichł. Chłopak zerknął na niego z zainteresowaniem, w głowie wciąż słysząc jego odgłosy. W następnej sekundzie wejście przed nimi otworzyło się na oścież, zalewając światłem tonący w mroku korytarz. Alex zmrużył oczy, próbując uchronić je przed tą jasnością, jednak na niewiele się to zdało. Popychany przez mężczyznę stojącego za nim, ruszył w stronę źródła owej łuny. Tutaj podobnie jak w jego celi było lodowato i wilgotno, jednak to pomieszczenie miało o wiele większą powierzchnię niż tamto, w dodatku mieszczącej grupę około 15 ludzi. Wszyscy mieli podobny kolor oczu co Wróbel, utkwionych w bliżej nieokreślony punkt w centrum pomieszczenia. Niektórzy odwracali się w stronę idącego chłopaka, obdarzając go niezbyt szczerym w jego mniemaniu uśmiechem. On jednak nie zwracał na to uwagi, skupiając się na ogromnym znaku narysowanym na podłodze pośrodku pokoju. Stały, a właściwie klęczały, w nim dwie osoby podobnie jak Alex w towarzystwie strażnika. One również miały skrępowane ręce, a oczy w porównaniu do zgromadzonych miały żywy, piwny odcień. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że patrzy na dwójkę bliźniaków, niedawno zaginionych członków osady. Nie zdążył jednak się do nich odezwać, kiedy i jego popchnęli na ziemię. Obrzucił trójkę strażników za sobą nienawistnym spojrzeniem, następnie zerkając w stronę swoich sąsiadów. Nie miał pojęcia, czy ci go rozpoznali, lecz mimo tego widział w tym momencie w ich wzroku lęk oraz strach. Sekundę później bębny, które słyszał zaraz po przebudzeniu się, ponownie rozpoczęły nową tyradę dźwięku, wybijając regularny - z każdą chwilą głośniejszy - rytm. Tłum zgromadzony dookoła zaczął powoli i równomiernie kołysać się na boki, nucąc pod nosem jakieś dziwaczne słowa. Trwało to kilkadziesiąt sekund, w czasie których chłopak zdążył nabawić się lekkiego strachu. Starał się jednak nie dawać tego po sobie poznać, tak jak zawsze przybierając maskę znudzenia i zobojętnienia. Czuł się także zobowiązany do dawania "otuchy" dwójce rodzeństwa, trzęsących się w tamtej chwili jak galaretki. W końcu, po przeciągającym się w nieskończoność czasie oczekiwania, werble natychmiast ucichły, a zebrani umilkli i skierowali wzrok na specjalne podwyższenie. Trójka skrępowanych więźniów również zerknęła w tamtą stronę, przyglądając się z wolna wchodzącemu na podwyższenie człowiekowi. Tutaj również wyobraźnia Walkera nieco się zagalopowała, gdyż uważał za przywódcę tego całego bagna jakiegoś staruszka w podeszłym wieku, opierającego się na lasce oraz ciągnącego za sobą kilometr brody. Jak więc można nazwać uczucie towarzyszące czarnowłosemu na widok praktycznie dzieciaka, prawdopodobnie kilka lat młodszego od niego samego, ubranego w przetarte ciemne jeansy oraz białą koszulkę z napisem "I'm a child of devil". Mimo tego wszystkiego zgromadzeni byli w niego wpatrzeni jak w najdroższy obrazek.
- Witam was, moje dzieci! - krzyknął, a Alex zaczął się zastanawiać, czy nie ma aby styczności z jakimś chłystkiem, który nie przeszedł nawet mutacji - Zebraliśmy się tutaj, aby nawrócić tę oto trójkę zbłąkanych dusz - w tym momencie wskazał na skrępowanych ludzi - i wprowadzić je na drogę wiodącą ku naszemu przewodnikowi, najdroższemu Loa.
Bębny ponownie rozpoczęły nową tyradę, a zgromadzony tłum znów zaczął śpiewać jakąś dziwaczną pieśń. Gdzieś w oddali ponownie rozległo się ujadanie psa, jednak to było nieco inne niż tamto obwieszczające obudzenie się chłopaka. Ogarnięty przez ciekawość, obrócił się w tamtym kierunku. Zobaczył niemal tego samego futrzaka co wcześniej. Różnica była jednak taka, że tamten pierwszy był nieco mniejszy oraz posiadał białą łatę na boku, nie wspominając o nienawiści wręcz wypływającej z jego oczu. Ten natomiast był praktycznie cały szary, a sama jego postura całkowicie wykluczała jakiekolwiek pokrewieństwo w stosunku do tamtego ujadacza. Na chwilę spojrzenia tej dwójki się skrzyżowały, a Midnight mógłby przysiądz, iż w oczach czworonoga ujrzał swego rodzaju współczucie. Niestety, w następnej sekundzie kontakt wzrokowy został przerwany przez nagłe szarpnięcie za smycz zwierzaka, który przestał szczekać. Zamiast tego podniósł pysk do góry i zaczął wyć, zupełnie jakby to był pogrzeb. I to zbiorowy. Czarnowłosy ponownie odwrócił się twarzą do - zapewne - Wielmożnego Xavier'a, kiedy ten ponownie doszedł do głosu:
- Pomóżmy im wrócić do naszej pierwotnej wiary, aby dalej nie błądzili i nie żyli bez Loa, wskazującego kierunek w naszym życiu! - Ponownie krzyknął, na co zgromadzony tłum odpowiedział mu jeszcze głośniejszym śpiewem oraz werblami.
Chłopak zauważył, że podobnie jak jego bliźniaczy sąsiedzi i inni w pomieszczeniu, zaczął regularnie kołysać się w rytm bębnów, powoli nucąc pod nosem nieznane dotąd słowa. Próbował przestać, jednak wszelkie próby okazały się być daremne. Jedyne, co był w stanie teraz zrobić, to rozejrzeć się dookoła. Pozostała dwójka klęcząca w centrum tego dziwacznego symbolu również robiła to samo co czarnowłosy z tą różnicą, iż oni mieli zamknięte oczy. Powieki Walkera także zaczęły nienaturalnie ciążyć, czego nie pozwolił nie zauważyć Wielmożny Xavier. Alex, na sekundę przed całkowitym utonięciem w mroku, zdołał zauważyć kpiarski uśmieszek na twarzy nastoletniego voodoo, za który najchętniej ofiarowałby mu prawego sierpowego. Jak na zawołanie ręka znów zaczęła go drażnić, lecz teraz ból ten był w miarę znośny. Podejrzewał więc, że ta dziwaczna ceremonia, której został poddany, powoli przestawała działać. Na nic się to jednak zdało, gdyż nie był w stanie chociażby kiwnąć. Powoli dawał się ponieść tej dziwnie uspokajającej muzyce, analizując brzmienie każdego z werbli. Jednak nim całkowicie zagłębił się w tym rytmie, po raz kolejny w pomieszczeniu można było usłyszeć przeciągłe wycie. Z początku przeszkadzało ono chłopakowi, lecz w końcu zauważył, iż ten smętny dźwięk odciąga jego uwagę od bębnów. Resztkami świadomości uczepił się tego głosu, dziękując za pomoc z niespodziewanej strony. Można przypuszczać, że trwało to ledwo kilka minut, lecz dla chłopaka sprawiało wrażenie nieskończoności. Nagle pies umilkł, powodując lekką dezorientację czarnowłosego. Nim jednak zdążył ponownie zatracić się w rytmie bębnów, one również przerwały swą tyradę. Wracając do rzeczywistości, uchylił lekko lewą powiekę, zerkając na bliźniacze rodzeństwo. Oboje wydawali się być odprężeni, powoli otwierając oczy wyrażające obojętność oraz melancholizm. Podobnie postąpił i czarnowłosy, w przeciwieństwie do nich posiadając zapewne choć mikrogram kontroli nad swoim ciałem. Zauważył także, iż uścisk krępujący ręce praktycznie zniknął.
- Proces oczyszczania dobiegł niemal końca! - ponownie krzyknął Wielmożny Xavier, a całe zgromadzenie utkwiło w nim wzrok, z trójką pośrodku włącznie - Aby przyjąć naszych nowych braci i siostrę, ofiarujmy im dar Loa, nasz pokarm otrzymany od najlepszego i jedynego przywódcę!
W odpowiedzi znów rozległy się bębny, a z tłumu wyszedł jakiś mężczyzna z małym pudełkiem w dłoniach. Zatrzymał się przed nastolatkiem, uchylając wieko skrzyneczki, przy okazji ukazując jej zawartość. Znajdowały się w niej... strzykawki wypełnione podejrzanym, błękitnym płynem. W dobie werbli, przewodniczący voodoo sięgnął po jedną z nich, następnie podchodząc do dziewczyny.
- Przyjmij dar Loa. Od dzisiaj nazywać się będziesz Malo.
Kilka sekund później odkładał już pustą strzykawkę, a szyja jego ofiary została przyozdobiona o małą plamkę krwi w tym samym miejscu, co gardło Wróbla. W czasie, kiedy sylwetka dziewczyny wygięło się w łuk, Wielmożny Xavier chwycił jej twarz i zmusił do spojrzenia w jego stronę. Chwilę później puścił ją, na co ta upadła niemal natychmiast. Jej ciało zaczęło nienaturalne drżeć, a szeroko otwarte oczy tracić żywą barwę, powoli zastępowaną przez nic niewidzący błękit. Trwało to ledwo minutę, w czasie której podobny los podzielił jej brat bliźniak, przyjmując miano "Ognista Strzała". W końcu nadeszła kolej czarnowłosego, dalej nie posiadającego żadnego planu działania. Jednego, czego był pewien to to, że z pewnością nie chce tego czegoś w sobie.
- Przyjmij dar Loa. - powiedział Wielmożny Xavier, przykładając igłę do szyi chłopaka - Od dzisiaj nazywać się będziesz Nocna Gwiazda.
Nim jednak igła zdążyła przebić jego skórę, ten wstał gwałtownie i wytrącając strzykawkę z rąk nastolatka, rzucił:
- Wybacz, ale nie przemawia do mnie zostanie czyimś sługusem. Poza tym, marny byłby ze mnie poddany, bo jak widać mam jeszcze resztki rozumu.
Na reakcję nie trzeba było długo czekać. Przewodniczący voodoo rzucił się w stronę chłopaka, próbując... No właśnie. Nie wiadomo, o czym myślał zmierzając w kierunku Walkera, gdyż wręcz wskoczył na niego z pustymi rękoma. Starszy zrzucił go z siebie jednym ruchem dłoni, przyglądając się następnie wstającemu z podłogi nastolatkowi, wydającym po chwili komendę zgromadzonemu tłumowi dotyczącą złapania Alex'a. Sam natomiast skierował się w stronę skrzyneczki z zapasem strzykawek. Czarnowłosy próbował szybko ocenić sytuację, co było dość trudne zważywszy na nadbiegający tłum. Do grupy dołączyło także rodzeństwo, patrząc na niedoszłego wspólnika niewoli z obojętnością wymalowaną na twarzy. Gdzieś w tłumie znów dało się słyszeć szczekanie psa, lecz wnet zostało ono uciszone. Nie przejmując się tym za bardzo, zwrócił uwagę na leżący nieopodal przedmiot jego nieudanego zniszczenia. Płyn leniwie przelewał się w szklanej tubce, przypominając proces "opętania" i formułując w głowie plan. Chłopak biegnąc zabrał strzykawkę z ziemi, po czym rzucił się w kierunku Wielmożnego Xavier'a. Ten, nie zdający sobie z tego sprawy, ciągle podążał powolnym krokiem w stronę jakby zastygłego w bezruchu faceta ze skrzyneczką. Nim jednak zdążył chociażby sięgnąć po którąś z igiełek, w jego własną szyję wbiła się ich przyjaciółka ze słowami:
- Jak to się mówi, jak ty komu, tak on tobie. Wybacz dzieciaku, ale nie miałem zamiaru być kolejnym ludzkim zombie. Nie byłoby mi z tym do twarzy.
W odpowiedzi jego ciało wygięło się podobnie jak wcześniej sylwetka dziewczyny, a czarnowłosy postąpił tak jak przywódca voodoo, zmuszając go do spojrzenia w jego stronę. Przez zaledwie kilka sekund wpatrywał się w opuszczający jaskrawoniebieski kolor tęczówki, gdyż chwilę potem został przewrócony na ziemię przez zapewne - sądząc po zapachu i wadze - Wróbla. Pusta strzykawka rozbiła się na ziemi, a płuca chłopaka zaczęły domagać się o nową porcję powietrza, a czarnowłosy z chęcią spełnił tą prośbę. Z lekkim trudem zrzucił z siebie ten ciężar, wstając możliwie najszybciej na nogi. Przelotnie zerknął na wijące się ciało nastolatka, które po chwili znieruchomiało. Nie miał jednak czasu sprawdzić co z nim, ponieważ miejsce bruneta zajął brat bliźniak pechowej dziewczyny, w dłoniach trzymając jakiś patyk czy pałkę, łudząco podobną do tego przeklętego kija. Od czarnowłosego dzieliło go ledwo kilka metrów, gdy pod uniesioną w geście zadania ciosu ręką starszego z nich przebiegła szara smuga. W następnej sekundzie marionetka voodoo leżała już na ziemi, przyciskana do podłogi przez tego dziwnego psa. Alex mimowolnie uśmiechnął się w jego stronę, kierując wzrok na następnego potencjalnego przeciwnika. Ten również posiadał podobną broń jak tamten z tą różnicą, iż tym razem czarnowłosy miał styczność z siostrą chłopaka. Szybko odskoczył na bok, unikając uderzenia. Jednocześnie wpadł jednak w ręce tłumu, który dość skutecznie unieruchomił go i pozwolił dziewczynie na dokończenie dzieła. Co gorsza - przynajmniej dla chłopaka - celowała niżej niż wcześniej. O wiele niżej. W porę zauważył jednak powoli wstającego z ziemi Wielmożnego Xavier'a, toteż nie zwlekał ani chwili dłużej. Teraz się okaże, czy plan zadziałał.
- Młody! - kiedy ten zerknął w jego stronę, dodał - Bądź tak miły i powiedz tym niedorozwojom, żeby zostawiły mnie w spokoju. Już.

~~~~~~~^^~~~~~~~

Chłopak westchnął z irytacją, spoglądając z rezygnacją na dziewczynę:
- Ile razy mam ci tłumaczyć, że ten chłystek sam zrobił dragi, które potem regularnie podawał tym ludziom, aby ci nie zostawili go samego? Nie mam pojęcia, czy cierpiał na samotność czy po prostu nie miał kim rządzić, ale jednego jestem pewien - życia to on już w osadzie mieć nie będzie. Ja sam mam ogromną ochotę przywalić mu w twarz za to naszprycowanie mnie podczas nieprzytomności jakimiś halucynkami czy coś w ten deseń. Tak więc wybacz, ale ten smarkacz we mnie wsparcia nie znajdzie.
Katelyn w odpowiedzi pokręciła lekko głową, ponownie zwracając się do czarnowłosego.
- Jeszcze nie wiem, co z nim zrobić. Na razie siedzi w areszcie, a droga sądowa jest dość długa, tak więc wątpię, by szybko z tego wyszedł.
Alex ponownie oparł czoło o dłonie, podobnie jak przez kilka ostatnich dni miał w zwyczaju. Mimo iż od tamtych wydarzeń minął niemal cały tydzień, on nadal pamięta wszystko tak dobrze, jakby to było wczoraj. Wyprowadzenie z piwnic starego budynku całej tej zgrai marionetek, osobiste zaprowadzenie ich do medyków, by na zakończenie standardowo iść powkurzać nieco przywódczynię i jej dwa futrzaki. Nim jednak dotarł na miejsce, został ponownie oddelegowany do pozostawionej wcześniej grupy w celu "odtrucia".
- Gdyby nie to wszystko, młody mógłby zostać dość dobrym chemikiem albo coś w tym rodzaju. Podobno te jego dragi nie uzależniały, a efekty działania zanikały dopiero po kilku dniach. - Rzucił czarnowłosy, czytając etykietę ze składnikami pitego właśnie przez niego napoju gazowanego w puszce.
Ciemnowłosa nie zdążyła odpowiedzieć, gdyż w tamtym momencie z pokoju obok dało się słyszeć jedyne i niepowtarzalne miauczenie Tekliusz, która w następnej chwili znalazła się na kuchennym stole. Przy okazji omal nie wytraciła ona napoju z dłoni Walkera, kwitującego jej zachowanie cichym przekleństwem wypowiedzianym pod nosem. Powód takiego zachowania kota zaraz po niej wpadł do kuchni, szczekając radośnie i przy okazji przewracając pobliskie krzesło, biegnąc w stronę chłopaka.
- Jeszcze nikt się po niego nie zgłosił? - zapytał gość dziewczyny, drapiąc futrzaka na uchem, co najwyraźniej mu odpowiadało, bo się nie odsunął.
Przywódczyni pokręciła przecząco głową, próbując uspokoić zdenerwowaną i przestraszoną kotkę. Jak na razie nie otrzymała jednak zamierzonego efektu.
- Nie. Tamten był własnością jednej z ofiar tego pseudo voodoo. Podobno jemu też wstrzyknął ten środek, dlatego był taki agresywny. Po tego tutaj nikt się jednak nie zgłasza, a według zeznań innych pojawił się jakby znikąd kilka dni przed twoim przybyciem. Chociaż nie mam pojęcia, co on tu robi. Zamknęłam go przecież w pokoju na piętrze, więc teoretycznie powinien tam siedzieć. Przynajmniej po południu tam jeszcze był. Tekliusz jakoś go nie znosi.
Po tych słowach zaległa cisza, w czasie której Alex zabrał ręce i ponownie próbował wrócić do picia napoju. Nim jednak zdążył chociażby tknąć puszkę, pies wsunął łeb pod jego rękę i oparł przednie kończyny o krzesło. Westchnąwszy głęboko, porzucił zamiar dokończenia gazowanego szczęścia na rzecz drapania sierściucha za uchem. Odwrócił się na krześle w stronę psa, co ten wykorzystał kładąc łapy na jego kolanach. Na twarz czarnowłosego mimowolnie wpełzł uśmiech, który na jego nieszczęście zauważyła gospodyni.
- Słuchaj, skoro nikt się po niego nie zgłasza, a ja nie mam ręki do psów, ciebie lubi i tak dalej, może tak byś...
- Zajął się nim? - przerwał jej, dokańczając jednocześnie za nią zdanie - Nie ma mowy. Ja też nie mam ręki do zwierząt. Śnieżynka może potwierdzić.
Dziewczyna westchnęła przeciągle, mocniej przytulając roztrzęsioną kotkę do siebie.
- Alex, błagam. Nie dam rady zajmować się i kotami, i psem jednocześnie. Poza tym, on w ogóle mnie nie słucha, a do ciebie... No sam widzisz. Nie daj się prosić. Zrób to dla mnie. Zrób to dla Tekliusz.
W tamtym momencie uniosła do góry tego pupilka Lucyfera, miauczącego na widok dwójki po przeciwnej stronie stołu. Ci jednocześnie spojrzeli w tamtym kierunku, co wywołało rozbawienie u ciemnowłosej. Walker pokręcił głową z dezaprobatą ponownie zerkając na psa, co okazało się być fatalnym pomysłem mającym wpływ na jego przyszłość.
- Zgoda. Ale jeśli ktoś się po niego zgłosi, od razu go oddaje. I nie myśl sobie, że przekonałaś mnie ty czy też ten kot. Ten pies jest... bardzo przekonujący.
Skończywszy mówić, sięgnął jedną ręką po puszkę i dopił końcówkę w kilku łykach. Następnie wstał, zrzucając z siebie psa i kierując się w stronę wyjścia. Tam zatrzymał się z dłonią na klamce, spoglądając na stojącą w kuchennej futrynie Katelyn z Tekliuszem na rękach oraz obserwującym każdy ruch czarnowłosego psem.
- Jak się wabi? Chyba nie jest jeszcze świadomy tego, jaka katorga go wkrótce czeka. Albo jest i dlatego stoi jak słup.
Dziewczyna spuściła wzrok na psa, zapewne podobnie jak chłopak zastanawiając się, co też siedzi w głowie tego futrzaka.
- Tam wołali na niego Rex, lecz w ogóle na to nie reaguje. Tak więc masz pole do popisu.
Walker przechylił lekko głowę, odwzajemniając czworonogowi to uważne spojrzenie. Ciągle nie mógł uwierzyć w to, w jakie bagno się wpakował, jednak...
- Katorga zacznie się od imienia. Niestety mam słabość do tych na literę A, tak więc nie zdziw się za bardzo, kiedy jutro usłyszysz, jak wołam na niego Adam albo coś w tym stylu.
Przywódczyni odpowiedziała mu gromkim śmiechem, gładząc kotka po łepku. W jego wzroku dało się zobaczyć zadowolenie na widok wychodzącego chłopaka, tym bardziej przewidując dalszy rozwój zdarzeń. Alex przestając obserwować towarzysza Katelyn zerknął na psa, kiwając głową w stronę drzwi jednocześnie nie spuszczając wzroku z czworonoga. Ten dobrze zinterpretował ten gest, obwieszczając to całemu światu wesołym szczeknięciem oraz radosnym merdaniem ogonem. Midnight przewrócił oczami, mimo to ponownie się uśmiechnął, wołając za biegającym już po ulicy futrzakiem:
- Hej, wracaj tu! Jeszcze mi tego brakowało, żeby cię gonić po całej osadzie. Kat pękłaby chyba ze śmiechu.
Zwierzak w odpowiedzi ponownie dał głos, biegnąc w stronę Walkera. Chwilę później przygważdżał go do ziemi, podobnie jak tydzień wcześniej Wróbla. W przeciwieństwie jednak do tamtej sytuacji, teraz pies przyglądał się uważnie czarnowłosemu i usłużnie zszedł z niego, kiedy ten próbował się podnieść. Człowiek szybko usiadł, podnosząc gwałtownie rękę w kierunku pyska czworonoga, na co ten jakby odruchowo się skulił. Chłopak zmrużył lekko oczy, w myślach zapisując sobie, by poznać osobę maltretującą w przeszłości tą istotę, dzięki której ciągle był świadomym wszystkiego człowiekiem. Takie odruchy nie są bowiem naturalne.
- Mówiąc wracaj nie miałem na myśli rzucenie się w moją stronę... O Boże, gadam do psa. Czy wszystko ze mną w porządku? - zapytał, na co czworonóg szczeknął radośnie, ponownie podrapany za uchem - To chyba brzmiało jak potwierdzenie. Cóż, już wcześniej to podejrzewałem, ale nie chciałem się z tym pogodzić. No dobra, imię Rex ci się chyba nie podoba, no nie? Mnie w sumie też. Trzeba ci więc wymyślić inne, bardziej oryginalne. I wybacz, ale innego niż na literę A nie dostaniesz. Z przykrością stwierdzam więc, że zasób mojego słownictwa imiennego jest dość ubogi.
Futrzak ponownie zamerdał wesoło ogonem, zupełnie jakby miał gdzieś, jak chłopak go nazwie. Ten natomiast ciągle się zastanawiał, jakim cudem jeszcze nie oddał tego psa.
- Azora mieć nie chcę, Aniołkiem cię nazwać nie mogę... Coś wymyślę, daj mi chwilkę.

---

Dopisek od autora: Z możliwości posiadania dodatkowego towarzysza skorzystam później. Co się tyczy jakości questa, najmocniej przepraszam za to masło maślane. Jeśli chodzi o długość... Chciałam podzielić to na dwie części, ale tak jakoś wyszło, że nie podzieliłam xd

czwartek, 30 marca 2017

Od Alex'a cd. Bergen, Katelyn


Czarnowłosemu brakowało słów, by opisać młodszego chłopaka. Nie, nie chodziło tutaj o jego niesamowitość oraz męstwo. Z pewnością nie o to drugie. Alex cały czas zadawał sobie jedno pytanie: śmiać się czy płakać? Nie mógł zrozumieć, jakim cudem na świecie jest ktoś taki jak Bergen i że owe istnienie ma prawo bytu. Wiele słów cisnęło mu się na usta w momencie, kiedy Katelyn wspomniała coś tego poranka o prośbie jasnowłosego dotyczącą spotkania. Nie byłby także sobą, gdyby nie zaoferował swojego towarzystwa. Nie miał zresztą nic ciekawego do roboty, a i nie mógł ukryć, że znów chciał nieco podenerwować młodego Aczpoleta. Prawda jest jednak taka, że nie był w stanie uwierzyć w to, co mówiła przywódczyni. Żeby chłopak dziewczynie... Po prostu brak słów. Decyzja podjęta przez Walkera okazała się być trafna, bowiem utwierdził go w tym przekonaniu grymas pojawiający się na twarzy Smerfa z pewnością na jego widok. Co prawda to prawda, nieco zaskoczyła go - jakby to powiedzieć - "wylewność" Burger King'a. Nie wspominając już o tym, iż wyglądało to co najmniej dziwnie. Bardzo prawdopodobne, że ów ruch zdziwił także samą dziewczynę, po chwili zajmującej miejsce u boku Alex'a. Na usta najstarszego z zebranej trójki wdarł się zdradziecki uśmieszek, zmieciony niemal w jednej sekundzie przez swoisty egoizm przywódczyni.
- Ja też lubię czekoladę, wiesz o tym. - Rzucił z udawaną urazą, patrząc na wyrzucającą już jedynie pusty papierek ciemnowłosą.
Ta jedynie spojrzała na niego, przybierając maskę z zasmuconą twarzą i czymś, co można uznać jako nagłe przypomnienie sobie o jakiejś niezwykle ważnej rzeczy. Czarnowłosy wiedział jednak, że podobnie jak on uwielbia grać innym na nerwach, jednak z różnym rezultatem. Oczywiście jemu wychodzi to znacznie lepiej.
- Wybacz, zapomniałam. Może Bergen ma jeszcze gdzieś dodatkową tabliczkę...
- Nie ma. Skończyła się. - Chłodny i zdradzający uczucie triumfu głos gospodarza przerwał wypowiedź ciemnowłosej, stawiając kropkę nad i.
Alex spojrzał na niego spod uniesionej w kpiarskim geście brwi, by następnie zwrócić się do swojej byłej rozmówczyni.
- Spokojnie, mam u siebie w domu kilka sztuk. A skoro ty nie podzieliłaś się ze mną teraz, zmuszona będziesz wieczorem przyglądać się temu jakże złożonemu procesowi zjadania przeze mnie tej pysznej czekolady samemu. - mówiąc, oparł się o blat za sobą i skrzyżował ramiona na piersi, kontynuując - I tak, to jest twoja ulubiona, z kawałkami karmelu. I nie, nie ma przebacz. Będę jeść ją przez bitą godzinę, a ty będziesz siedzieć w fotelu naprzeciwko ze Śnieżynką na kolanach i trwać w tej katordze, licząc na odpuszczenie win. Muszę to jednak skonfrontować z Tekliusz, a ją naprawdę trudno przekonać.
Na te słowa dziewczyna stojąca naprzeciwko niego zaśmiała się cicho pod nosem, kręcąc głową z dezaprobatą. Inaczej sytuacja miała się z jasnowłosym chłopakiem, który spoglądał to na jednego, to na drugiego, ze zdziwieniem wymalowanym na twarzy. Czarnowłosy zwrócił na to uwagę jedynie na sekundę, bowiem w następnej chwili Katelyn powiedziała:
- Oj, ta Tekliusz... Wcześniej mogłaby ci oczy wydrapać za samą twoją obecność...
- Z wzajemnością. - Dopowiedział, uśmiechając się do niej szeroko.
- Mała zdrajczyni... - kontynuowała, ponownie kręcąc głową - Chcę odzyskać swojego krwiożerczego kociaka. Poza tym, ze mną się nie podzielisz? No weź, czasami najpierw działam, a potem myślę. W dodatku to czekolada z karmelem! To będzie grzech, jeśli nie odstąpisz mi jednej, dwóch, może trzech kostek.
Jej rozmówca przewrócił teatralnie oczami, wzdychając cicho. Następnie przyjrzał się uważnie ciemnowłosej, starając się nie roześmiać z wyrazu twarzy chłopaka stojącego za nią.
- Taa, a nagle z jednej, dwóch, może trzech kostek wyjdzie cała tabliczka. O nie, moja droga. Już raz wpadłem w podobną pułapkę i więcej razy nie mam zamiaru oddawać ci mojej czekolady. Poza tym, przed chwilą pokazałaś, że można się nie podzielić. Dlatego przykro mi, ale nie i koniec kropka.
Ta w odpowiedzi po raz kolejny raz, o ile nie setny, zrobiła swą popularną "smutną buźkę", patrząc w stronę starszego chłopaka z politowaniem w oczach. Ten zakrył twarz obiema dłońmi, mrucząc cicho pod nosem w obcym języku, by następnie rzucić w stronę ciemnowłosej ponownie na nią spoglądając:
- Nie patrz tak na mnie. Nie ma mowy, żebym się z tobą podzielił, tym bardziej po tym, co przed chwilą zrobiłaś. Nie pomogą żadne prośby ani błagania, nie i koniec. Nie przekonasz mnie, nawet Tekliusz nie posłucham. To będzie moja jakże słodka zemsta za to twoje zapominalstwo.
Dziewczyna natomiast jeszcze bardziej przechyliła głowę, łącząc dłonie z tyłu pleców i huśtając się na stopach, przenosząc ciężar ciała ze stóp na palce i na odwrót.
- Proooszeee... - Powiedziała przeciągle, uśmiechając się szeroko do Alex'a.
Ten jednak ciągle patrzył na nią obojętnym wzrokiem, kręcąc przecząco głową i wypowiadając na głos to jedno znaczące, trzyliterowe słowo. I z pewnością nie było to "tak" ani "kot".
- Nie. Nic na tym bożym świecie nie przekona mnie do zmiany decyzji, więc wybacz, ale dzisiejszy wieczór spędzisz obserwując mnie zajadającego się twoim smakołykiem. I nawet terminator nie zmusi mnie do odstąpienia ci chociażby papierka czy okruszka.
Ciemnowłosa, udając niebywałe oburzenie tymi słowami, zmierzyła go nienawistnym spojrzeniem, wspierając dłonie na biodrach. Ta niema bitwa trwała ledwo kilka sekund, bowiem po chwili Katelyn powiedziała z ogromną stanowczością w głosie:
- Podzielisz się ze mną, bo tak ci każe. I bez dyskusji.
- Nie podzielę się z tobą, bowiem nie słucham nikogo innego prócz samego siebie. I bez dyskusji. - Zawtórował jej czarnowłosy.
- Podzielisz się, gdyż jestem przywódczynią i każę ci to zrobić.
- Nie podzielę się, ponieważ jestem wolnym człowiekiem i nikt nie może rządzić moim życiem oraz rozporządzać zapasem czekolady. - Zaoponował niemal natychmiast.
- Podzielisz się dlatego, że mnie lubisz, a i ja zasługuje na tą czekoladę bardziej niż ty.
- A skąd pewność, że to nie jest skrywana nienawiść? Nie podzielę się, bowiem twoje zachowanie jest niezgodne z zasadami etykiety, której to tak pilnie mnie uczyłaś.
- Podzielisz się i koniec kropka.
- Nie.
- Tak.
- Nie.
- Tak.
- Nie i pogódź się z tym, Casper. Jestem uparty, więc taką rozmowę możemy prowadzić do samego wieczora, a nie chciałbym nadużywać gościnności naszego drogiego Bur... Bergena.
Wspomniany chłopak, jakby dopiero teraz zdając sobie sprawę z własnego istnienia, potrząsnął szybko głową, ponownie patrząc to na Katelyn, to na Alex'a. Na tego drugiego z kolei spoglądał tylko po to, by za każdym razem zobaczyć kpiarski uśmiech oraz szczere rozbawienie w oczach. Cała sytuacja bawiła bowiem najstarszego z całej trójki, a to dziwne szczęście wzmacniało zagubienie widoczne na twarzy jasnowłosego. Walker przez chwilę zastanawiał się, o co też może chodzić, jednak owe rozmyślania zostały przerwane przez gospodarza:
- Nie przejmuj się nim, Katelyn. Gdzieś w szafie mam jeszcze jakąś czekoladę...
Przerwało mu ciche prychnięcie dochodzące od strony szafy. Źródłem owego dźwięku był nie kto inny jak czarnowłosy. Na pytające spojrzenia dwójki mającej niemal taki sam wzrost, rzucił:
- Jakieś trzy minuty temu się skończyła, a teraz nagle gdzieś jest? Interesujące... Czyżby fabryka Willy'ego Wonki za ścianą czy cudowne przeobrażenie mąki w czekoladę? Nie mam pojęcia, co zaskoczyłoby mnie bardziej. Może prawda. Co ty na to, panie Aczpolet?
W pomieszczeniu na chwilę zapadła cisza. Gospodarz spojrzał z nadzieją na pomoc w stronę dziewczyny, jednak ta nie odezwała się nawet słowem. Alex pokręcił głową z dezaprobatą, z trudem powstrzymując się od złośliwego komentarza. Wolał zostawić sobie ten argument na później, teraz pozwalając wykazać się młodszemu chłopakowi, który usprawiedliwił swój sposób postępowania dosyć krótko:
- Przed chwilą przypomniałem sobie, że mam jeszcze jedną. Zdarza się, dość często.
Walker, ciągle uważnie się mu przyglądając, skinął powoli głową. Gest ten jednak nie sugerował, że zgadza się z owym stwierdzeniem czy też nie poddaje go w wątpliwość. Był on jedynie zatwierdzeniem na to, że jego słowa zostały przetworzone przez mózg najwyższego z zebranych.
- Powiadasz, że dopiero teraz sobie o tym przypomniałeś. Hmm... W sumie to całkiem możliwe, jeśli wziąć pod uwagę twoją szybkość w przetwarzaniu informacji. Skoro jeszcze do dzisiejszego dnia nie przyswoiłeś tego, co powiedziałem ci wczoraj, mam skłonności podejrzewać, że ród sławnych Aczpoletów zatrzyma się na tobie.
Dziewczyna stojąca obok Bergena zmierzyła czarnowłosego chłodnym spojrzeniem mówiącym coś w stylu "Ogarnij się". On jednak nie zwrócił na to większej uwagi, podobnie jak starał się nie uśmiechnąć kpiarsko na widok nieco zdezorientowanego jasnowłosego. W końcu pan zapominalski zacisnął dłonie w pięści, spoglądając na starszego ze złością doskonale widoczną w błękitnych oczach.
- Może powiesz w końcu, o co ci tak naprawdę chodzi? Nie mam zamiaru bawić się w kotka i myszkę, a ty z pewnością mi tego nie ułatwiasz, panie... jakiś tam. - Dodał po chwili zawahania.
Teraz jego rozmówca nie był w stanie się nie uśmiechnąć, słysząc tą wiązankę zdań autorstwa młodszego. Kąciki ust powoli opadały jednak wraz z każdym wypowiadanym słowem:
- No tak, przecież nie miałeś dostępu tak jak ja do czyiś informacji. Dlatego naprawiam już swój błąd. Midnight z tej strony, imię już znasz, więc dalsze ceregiele są zbędne. Chcesz wiedzieć, o co mi chodzi? - w tamtym momencie uśmiech niemal całkowicie zniknął z jego twarzy. Odepchnął się od blatu za sobą i nie odrywając chłodnego wzroku od Burgera, zrobił powolny, aczkolwiek duży krok w jego stronę, zaciskając bezwiednie dłonie w pięści - Jeśli masz dobrą pamięć, z pewnością przypomina ci się teraz wczorajszy dzień. Jeżeli przetworzyłeś choć połowę z tamtych słów powinieneś był się domyślić, o co mi chodzi. Lecz odnoszę wrażenie, że niespecjalnie rozumiesz ten temat. Nie mam jednak pojęcia, jak inaczej wytłumaczyć ci słowa "dorosły facet".
W tamtym momencie nagle pojawiła się przed nim Katelyn, powstrzymując go przed następnym krokiem. Ten spuścił nieco wzrok, spoglądając na nią pytająco. Dziewczyna odpowiedziała dopiero po dłuższej chwili:
- Przestań. Wyglądasz, jakbyś chciał go zabić, a na to nie mogę pozwolić.
Alex ponownie spojrzał na Bergena i rzucił krótko, bez mrugnięcia chociażby powieką:
- Teraz na serio zaczynam o tym myśleć.

---

<Bergen? Katelyn? Wybaczcie za ten ogólny bezsens i czas oczekiwania... Nawet nie miałam weny na wprowadzenie mojego planu, ale no cóż... Ważne, że jest >:3 >

wtorek, 28 marca 2017

Od Alex'a cd. Katelyn "Sojusz z krwiożerczym kotem"


Chłopakowi wydawała się być podejrzana ta nagła zmiana ze strony dziewczyny. Skoro tak bardzo martwiła się o swoje koty, to dlaczego od razu z nimi nie przyszła? Wiadomo było, że gdyby Alex zobaczyłby zaledwie ogon tego sierściucha z pewnością zatrzasnąłby jej drzwi przed nosem, ale sam fakt, że przypomniała sobie o nich dopiero teraz - akurat na czas sprzątania - był dość interesujący. Mówiąc szczerze, czarnowłosy nie chciał żadnego prezentu. Jednak kiedy na jej twarzy pojawiła się tak zwana "smutna buźka", zgodził się na przyniesienie tych króliczków Lucyfera do jego domu, tworząc z niego w ten sposób strefę wojny. Dlatego nie trzeba wspominać o tym, że gdy tylko zobaczył tą z pozoru słodką mordkę kryjącą małe zło wcielone, jego mina wyrażała więcej niż milion słów. Nie skomentował jednak obecności Tekliusz w jego lokum, tak samo jak nie zwrócił większej uwagi na drugiego towarzysza przywódczyni, który zaraz po przyjściu upodobał sobie kanapę chłopaka i momentalnie zasnął. Jak to możliwe, że te dwa sierściuchy żyją w zgodzie, będąc swoim kompletnym przeciwieństwem? Alex zastanawiał się nad tym jedynie przez chwilę, bowiem przed jego nosem mignęła biała, prezentowa kokarda zdobiąca różowe pudełko. Czarnowłosy skrzywił się, widząc tą znienawidzoną barwę blisko swoich oczu.
- Zaczynam podejrzewać u ciebie uzależnienie od tej wstrętnej barwy. Nie zdziwiłbym się, gdyby cały twój dom przypominał ten z bajek o Barbie, Casper. - Rzucił, niechętnie biorąc do rąk pakunek podarowany przez dziewczynę.
Następnie odłożył go na stół, ponownie podchodząc w stronę zlewu i wycierając ostatni już talerz. Czując na sobie jednak uważne spojrzenie dziewczyny odwrócił się w jej stronę, przechylając lekko głowę podczas pytania:
- Coś nie tak? Jeśli chcesz, tobie też mogę znaleźć coś do roboty, to nie problem. Możesz na przykład zamieść podłogę albo ją um...
- Dlaczego go nie otworzysz? - przerwało mu ciche pytanie dziewczyny, a ona sama wyglądem przypominała przysłowiowego zbitego psa - Jeśli tego nie zrobisz, będzie mi przykro, bo tak bardzo się starałam i nawet nie będę miała okazji zobaczenia, czy mój prezent był trafiony. Poza tym to nieco niegrzeczne z twojej strony, że traktujesz mój podarek jak zwykłą gazetę, do której możesz zajrzeć w każdej chwili.
Chłopak przewrócił w odpowiedzi oczami, podnosząc wzrok ku górze. Następnie niezbyt delikatnie odłożył trzymane w rękach naczynie, przez co omal nie pozbył się tej części zastawy stołowej. Kolejnym krokiem było odrzucenie ręcznika na blat, podchodząc jednocześnie do stołu. Tam, po kilkusekundowej walce z ozdobną kokardą i zdjęciu pokrywy pudełka, nie zaglądając nawet do środka, rzucił w stronę Katelyn:
- Zadowolona? Mam nadzieję, że tak, bo jak dalej będziesz udawała zrozpaczoną osóbkę, to ten wyraz twarzy zostanie ci do końca życia.
Z początku jego głos był wzburzony oraz nadzwyczaj rozdrażniony. Głównie dlatego, że za każdym razem, kiedy ta sprawiała wrażenie zasmuconej, w chłopaku znów budziła się opcja "starszego nadopiekuńczego braciszka", przez którą nie mógł jej niemal niczego odmówić. Jednak z każdym wypowiadanym przez niego słowem ów złość ustępowała miejscu zwątpieniu. Przyczyną tej nagłej zmiany był bowiem złośliwy uśmieszek namalowany wręcz na twarzy przywódczyni. Jej oczy natomiast to spoglądały na czarnowłosego, to na pakunek leżący na stole. Przepełniany przez złe przeczucia, Walker opuścił wzrok, zaglądając do środka. Kilka sekund później już chyba każda osoba w okolicy słyszała niezadowolenie gospodarza, którego głos wzrastał wraz z każdą głoską w zdaniu:
- Katelyn! Co to ma znaczyć, do diabła?!
Dziewczyna, do której się zwracał, była już natomiast w połowie drogi do salonu, łapiąc się za brzuch ze śmiechu. Alex nie był jednak w nastroju do żartów, kiedy w grę wchodziła ta znienawidzona przez niego barwa. Ruszył zatem dość szybkim krokiem za przywódczynią, w głowie już układając plan małej i słodkiej zemsty na ciemnowłosej.
- Gdybyś widział teraz swoją minę... - wydukała w przerwach między śmiechem, który był coraz głośniejszy z każdym krokiem chłopaka w jej stronę - Naprawdę, przedni widok.
- Przedni? Ktoś jeszcze używa takiego słowa? - rzucił, mierząc przywódczynie morderczym spojrzeniem i razem z nią okrążając sofę.
Wyglądało to przekomicznie, jeśli jeszcze wziąć pod uwagę sprzeczne emocje targające tą dwójką. Komizmu tej sytuacji dodawał także śpiący w najlepsze kot Katelyn, wylegujący się w centrum mebla będącego środkiem okręgu wyznaczanego przez stopy tej dwójki.
- Tak. JA. - zaakcentowała drugi wyraz, a na jej twarzy pojawił się ten sam demoniczny uśmieszek co wcześniej - Czy wiesz, że zasady dobrego wychowania mówią, że z prezentu należy się cieszyć?
- Tak. Oczywiście. - odpowiedział jej z sarkazmem - Niezmiernie cieszę się z tego czegoś. Teraz pozwolisz mi wrzucić to do najczarniejszych zakamarków mojej szafy. Być może jakiś biedny faun z Narnii zabierze go i ubierze, bo mu kopyta zmarzły.
Na tą wypowiedź usta ciemnowłosej po raz kolejny rozciągnęły się jak u kota z Cheshire. Alex dopiero teraz zrozumiał, w co się wpakował i że po raz kolejny warto byłoby trzymać język za zębami w pobliżu tej dziewczyny. Ta niespiesznie się wyprostowała, krzyżując ręce w okolicy żeber. Wzrok miała utkwiony w chłopaku, kiedy powiedziała:
- Szkoda, by taki ładny, mięciutki oraz uroczy sweterek zabrał jakiś pół kozioł. Poza tym sądzę, że do twarzy by ci było w różowym. Czymś przecież trzeba podkreślić te oczka i włoski, nie myślałeś o tym wcześniej?
Jej rozmówca westchnął głęboko, a po ostentacyjnym przewróceniu oczami i rozluźnieniu uścisku szczęk, odpowiedział:
- Czemu niemal wszyscy w osadzie uwzięli się na moje włosy? Pójdę jutro albo nie, jeszcze dzisiaj do fryzjera i każe je ściąć na więźnia. Co się tyczy twarzowości różowego koloru, tutaj nie mogę się z tobą zgodzić. Nigdy bowiem nie będę wyglądać lepiej w tym okropnym kolorze niż w czymś czarnym albo szarym, tak więc wybacz, ale nie spełnię twoich fetyszów dotyczących mojego ubioru.
Przywódczyni zaśmiała się cicho, kręcąc głową z dezaprobatą i ponownie skupiając wzrok na czarnowłosym, by wypowiedzieć te znaczące dla przyszłych wydarzeń słowa:
- Uuu... Czyżbym wyczuwała tchórzostwo? Nie wiem jak inni, ale po tobie nie spodziewałabym się takiego czegoś. - w tamtym momencie wzruszyła ramionami, rozglądając się leniwym wzrokiem po salonie, dodając - Przecież to tylko kolor, nic więcej.
Czy chłopak wyczuł ten idealnie ukryty sarkazm? Tak. Czy zauważył, że dziewczyna wykorzystywała na nim siłę perswazji? Naturalnie. Tak więc co zrobił wiedząc, że ta go podpuszcza? To chyba oczywiste, że przyjął to nieme wyzwanie.
- Będę go nosić przez minutę. - powiedział, mrużąc oczy utkwione w zadowolonej z siebie dziewczynie - Ale pod jednym warunkiem. Jeśli wytrzymię, już nigdy więcej nie przyniesiesz do mojego domu ani nie dasz mi niczego różowego. Nie chcę już widzieć tego koloru na oczy, zrozumiano? Jeśli przegram, nie pisnę nawet słówka następnym razem, nawet gdybyś zaczęła urządzać mi domek Barbie z mieszkania.
Jego rozmówczyni zdawała się rozmyślać nad tym przez chwilę. Chłopak natomiast odczuwał coraz większe uczucie triumfu, oczami wyobraźni widząc już siebie wyrzucającego do szafy tą nowo nabytą część garderoby. Entuzjazm ten został jednak zgaszony przez słowa Katelyn:
- Drogo się targujesz. Przyjmę wyzwanie, jeśli będziesz chodził w tym sweterku przez pięć minut i to po ulicy, może się zgodzę... - nim jednak skończyła, czarnowłosy jej przerwał.
- Dwie minuty w salonie, do okna nie podejdę.
- Dwie minuty w salonie bez ukrywania się, okno ci odpuszczę. - Dopowiedziała, opierając się o sofę pełniącą funkcję ich rozjemcy.
Chłopak wziął głęboki oddech, spuszczając lekko głowę. Przez myśl cały czas przechodziło mu pytanie "Na coś ty się zgodził, chłopie?". Stan ten trwał ledwo sekundę, bowiem w następnym już momencie wyprostował się dumnie, wyciągając prawą rękę w kierunku przywódczyni, mówiąc:
- Zgoda. - po krótkim uścisku dłoni, odwrócił się w stronę kuchni i rzucił przez ramię - Przygotuj się na porażkę, Casper.
Kilka chwil później ponownie znalazł się w jednym pomieszczeniu z ciemnowłosą, lecz tym razem w powietrzu przymierzał na siebie różowy sweter. Nie był on ani jaskrawy, ani blady: po prostu różowy. Poza tym, faceci nie widzieli zbyt dużej różnicy w odcieniach, widząc jedynie te dwa. Alex nie był wyjątkiem, toteż uznał ten kolor za podstawowy, bez innych zbędnych określeń. To jednak nie pomogło, o czym świadczył grymas doskonale widoczny na jego twarzy. Mierzył jeszcze chwilę nienawistnym wzrokiem ten z pozoru niewinny kawałek materiału, który w najbliższej przyszłości miał zawisnąć na jego ciele. Oderwał od niego wzrok dopiero po usłyszeniu dość kąśliwej uwagi ze strony swojej rozmówczyni. Powoli odłożył swój przyszły ubiór na pobliski fotel, by następnie zdjąć swoją bluzę - inaczej nie założyłby tego wstrętnego czegoś na siebie. A więc dla swojej wygody, zmuszony był do pozbycia się całej górnej części garderoby. Kolejnym krokiem było pochylenie się w stronę tego przeklętego kawałka ubrań, zwracając się zza pleców do dziewczyny i nie zaszczycając jej nawet spojrzeniem:
- Zamknij buzię, bo ci mucha wleci do środka. Poza tym, niegrzecznie jest się gapić. Nie mówiła czasem o tym twoja książka od dobrych manier, panno wychowana?
Trzymając już w rękach ten piekielny sweter, odwrócił się w stronę zegara wiszącego na ścianie. Nim jednak utkwił w nim wzrok, zobaczył przelotne spojrzenie dziewczyny i... czyżby rumieńce? Niestety, ów chwila była zbyt krótka, by chłopak mógł to właściwie zinterpretować. Spojrzał na stary zegar, a kiedy sekundową wskazówkę dzieliło niecałe 15 cichych tyków do minięcia cyfry 12, próbując ukryć obrzydzenie zaczął zakładać tą perfidną odzież. Chociaż ona sama w sobie nie była zła, jedynie ten kolor był wręcz odpychający. W czasie przeciskania głowy przez otwór pod nosem wymamrotał cichą salwę łaciny, jednak w końcu udało mu się wygrać tą bitwę. W ostatnich trzech sekundach poprawił rękawy, którym brakowało kilkunastu centymetrów do nadgarstków oraz próbował zsunąć nieco brzegi swetra. Mimo to nadal można było zobaczyć dość szeroki pasek skóry niezakryty ani przez podarunek Katelyn, ani przez spodnie. Nie można było jednak zaprzeczyć, że ów garderoba była wygodna.
- Dwie minuty. Czas start. - rzucił w momencie, kiedy najbardziej aktywna ze wskazówek rozpoczęła nowy obieg.
Następnie spojrzał wyzywająco w stronę przywódczyni, opierając się ramieniem o framugę. Przez ćwierć czasu będącego zakładem mierzyli się jedynie wzrokiem. W końcu dziewczyna nie wytrzymała i sięgnęła do leżącej nieopodal torebki, mówiąc:
- Nie no, takiej okazji nie można przegapić. Muszę mieć jakąś pamiątkę.
Walker przyglądał się jej nerwowym ruchom przez kilka sekund, łącząc wszystkie fakty i uświadamiając sobie cel dziewczyny w momencie, kiedy w rękach zobaczył małe, przenośne oraz metalowe urządzenie. W pierwszym odruchu chciał schować się za ścianą lub ściągnąć ten zaskakująco miękki sweter. Gdyby jednak wybrał którąś z tych opcji, w ten sposób przegrałby zakład. Nie dopuszczał jednak do siebie myśli, że obecna sytuacja mogłaby zostać uwieczniona na zdjęciu z telefonu komórkowego. I nie, wcale nie chodziło mu o wciąż śpiącego kota na sofie ani o tego drugiego... który nagle zniknął. Czarnowłosy nie przejmował się jednak tą nagłą nieobecnością, w kilku krokach pokonując dystans dzielący go od ciemnowłosej. Ta wydała stłumiony okrzyk przerażenia, kiedy trzymany przez nią aparat został nagle wydarty z jej dłoni, a chłopak stał już na drugim końcu pokoju sprawdzając, czy ta aby nie zdążyła nacisnąć tego znaczącego guzika.
- Oddawaj! To moje! - krzyknęła, próbując wyrwać z rąk gospodarza tego domu swoją własność. Bezskutecznie.
Ten odwrócił się do niej plecami, unosząc ręce do góry i przeglądając galerię zdjęć przepełnioną fotografiami nikogo innego jak przesławnej Tekliusz. Na szczęście, przynajmniej dla chłopaka, jego osoby na tych zdjęciach nie było. Ani myślał oddawać jednak stalowosrebrny telefon, ozdobiony niczym innym jak różowymi naklejkami. Gdy dziewczyna stojąca za nim stała się zbyt upierdliwa, błyskawicznie ruszył w stronę przeciwległej ściany salonu, bezceremonialnie zrzucając śpiącą Śnieżynkę z kanapy. Ta spojrzała na niego nienawistnie, odchodząc dumnie wyprostowana i zajmując pobliski parapet. Tam ułożyła się na powstałej dzięki słońcu jasnej plamie, mrucząc cicho po spotkaniu promieni światła z jej ciemnym futerkiem, ogrzewając je w ten sposób. Chłopak stanął natomiast na oparciu, przez co jego głowa sięgała niemal sufitu. Kolejnym krokiem było pomachanie wyłączoną już komórką przed nieco zdumioną dziewczyną, mówiąc:
- Chcesz go? No to sobie weź. - ostentacyjnie spojrzał na zegar, który te dwie minuty odmierzał niczym godziny - Pragnę jeszcze dodać, że do końca zakładu pozostało niecałe 55 sekund.
Na reakcje nie musiał długo czekać, bowiem ciemnowłosa niemal w tej samej chwili ruszyła niczym rozpędzony czołg w stronę Alex'a. Był on na tyle zaskoczony jej zachowaniem, że nie zdążył zejść na ziemię. Kilka sekund później obaj byli już na kanapie, z czego czarnowłosy ledwo utrzymywał równowagę przez szarpiącą go dziewczynę. W końcu zrezygnowała jednak z tego, również wchodząc na oparcie sofy. Tam sytuacja przebiegła niemal błyskawicznie: gwałtowne ruchy dziewczyny spowodowały całkowite poddanie się czarnowłosego siłom grawitacji, a sama przywódczyni szarpiąc za jego różowy sweterek skazała się na podobny los. Na szczęście lub nieszczęście - zależy dla kogo - najpierw upadli na siedzisko kanapy, by następnie przeturlać się razem na podłogę. Gospodarz miał jednak takiego pecha, że za pierwszym razem uderzył potylicą w oparcie mebla, a za drugim w drewnianą posadzkę. Wymruczał pod nosem nową łacinę, by w następnej sekundzie podciągnąć się do pozycji półsiedzącej i spojrzeć na leżącą na nim dziewczynę, pytając:
- Cała jesteś? - na potwierdzenie i szybkie odsunięcie się przywódczyni, dodał - W sumie co mogłoby ci się stać? Miałaś przecież miękkie lądowanie.
Po tych słowach przetarł tył czaszki prawą ręką, po chwili odrywając ją od głowy i przyglądając się jej szeroko otwartymi oczami. Później spojrzał na swoją drugą dłoń, by po chwili rozejrzeć się po okolicy, jednak z marnym rezultatem. Katelyn przyglądała się temu dziwnemu tańcu chłopaka przez krótką chwilę, dopiero potem rozumiejąc, jaka nastąpiła tragedia. W czasie upadku zgubił on bowiem urządzenie należące do jego gościa, teraz pilnie poszukiwane przez siedzącą na podłodze dwójkę. Niemal jednocześnie zlokalizowali oni telefon leżący w wejściu do kuchni. Jako że ciemnowłosa była bliżej znaleziska, zdążyła się jeszcze odwrócić w stronę chłopaka, obdarzając go demonicznym uśmieszkiem i zerkając teatralnie na zegar. Temu brakowało niecałych 40 sekund, by zakład dobiegł końca, toteż czarnowłosy, niewiele myśląc, rzucił się w zaraz za dziewczyną. Wiedział jednak, że ne zdąży dotrzeć do tego przeklętego urządzenia przed swoim gościem, dlatego zamiast urządzać wyścig szczurów do sera będącego komórką, wolał uziemić przeciwnika. I tak, po krótkiej chwili szamotaniny i cichych, niekiedy niegrzecznych słowach, oboje ponownie siedzieli na podłodze. Różnica jednak była taka, że gospodarz obejmował w pasie szarpiącą się niczym topielec dziewczynę, nie pozwalając jej zbliżyć się ani na centymetr do telefonu. Za nic miał jej próby czy też prośby o wypuszczenie, za każdym razem wzmacniając siłę uścisku i nie odrywając wzroku od okrągłej tarczy zegara. Brakowało jeszcze trochę więcej niż pół minuty, by ten koszmar z różem w tle się skończył, jednak ów triumf chłopaka przerwało ciche miauczenie. Oboje spojrzeli w tamtą stronę, patrząc szeroko otwartymi oczami w stronę sławnej Tekliusz, siedzącej zaraz przy komórce i liżącej leniwie swoją łapkę. Następnie spojrzała na dwójkę przed sobą, a chłopak dałby sobie uciąć palec, że w jej oczach można było zobaczyć coś na kształt kpiny, zainteresowania oraz... zadowolenia? Nie miał jednak więcej czasu, aby się nad tym zastanowić, bowiem w następnej chwili rozległ się głos przywódczyni:
- Tekliusz, bądź dobrym kotkiem i przysuń mi ten telefon, proszę...
- Ani mi się waż, ty wyliniały kocie. - przerwał jej czarnowłosy, rzucając ostrzegawcze spojrzenie w stronę futrzaka - Przesuń go w jej stronę chociażby o milimetr, a uwierz mi, przerobię cię na pastę do paneli, a ze skórki zrobię sobie czapkę na zimę.
Mały towarzysz ciemnowłosej to spojrzał najpierw na swoją właścicielkę, to na chłopka za jej plecami, a na końcu na feralny aparat. Później zrobił coś, czego nikt by się nie spodziewał.
- Nie! Tekliusz, w drugą stronę, tutaj! - krzyczała dziewczyna, obserwując obróconego do niej ogonem kota, pyszczkiem przesuwającego aparat wgłąb kuchni.
- Dobry kotek. Zaczynam cię lubić. - Dodał chłopak, uśmiechając się szeroko w stronę sekundowej wskazówki mijającej już cyfrę 9 - A więc przykro mi, Casper. Dwie minuty kończą się za 10... 9... 8... 7...
Jego wyliczanie było zagłuszane przez dziewczynę wciąż nawołującą swojego kota. Było to jednak bezskuteczne, bowiem gdy chłopak wymówił liczbę 0 i puścił ją, niemal natychmiast zdjął z siebie ten perfidny sweterek, odrzucając na drugi koniec sofy, o którą oparł się plecami. Ciemnowłosa pobiegła w tym czasie do kuchni, jednak kiedy znów mogła robić zdjęcie chłopak uśmiechnął się do niej kpiąco, mówiąc:
- No co ty, półnagiego faceta sfotografujesz? To nieco niegrzeczne, nie sądzisz panno "jestem dobrze wychowana"? - rzucił z sarkazmem.
Nim jednak zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, zza jej nóg wyszedł mały zdrajca, który swój wzrok utkwił w chłopaku. On odpowiedział mu tym samym, próbując wymyślić jakiś sprawdzony ruch samoobrony przeciwko kocim pazurom wbijającym się w ciało. Nim jednak doszło do walki na śmierć i życie, kot Katelyn zatrzymał się w niewielkiej odległości od stóp czarnowłosego. Kiedy zapadła niezręczna cisza, Alex zrobił coś, czego nigdy nie spodziewał się po sobie:
- Sorry za tą pastę do paneli i czapkę. Musiałem cię nieco zastraszyć, żebyś zdradził swoją panią i tak dalej... No dobra, za tego wyliniałego też przepraszam... O co ci chodzi, do diabła? Zaraz dostaniesz skrętu szyi od tego przechylania głowy... No dobra, za tą rakietę też sorry, zadowolony jesteś z siebie? - zakrywając twarz dłonią, dodał - Boże... Nigdy nie sądziłem, że będę przepraszać kota.
Po tych słowach Tekliusz usiadła naprzeciwko Walkera, wpatrując się w niego uważnie. On także nie pozostawał jej dłużny, nawet nie mrugając. Prowadzili tą niemą bitwę na spojrzenia ledwie przez 15 sekund, gdy w końcu mały sierściuch wstał i ruszył w stronę chłopaka. Nie rzucił się jednak na niego z pazurami ani nie wbił swoich kiełków w jego ciało, a podszedł w pobliże dłoni czarnowłosego i... prosił się o drapanie za uszkiem. Alex siedział przez chwilę oniemiały, a zarówno jego, jak i oczy dziewczyny, omal nie wyleciały z orbit. Nim jednak krwiożerczy kot zdołał zmienić zdanie, gospodarz mieszkania spełnił jego zachciankę i potarł kciukiem furto w okolicy lewego ucha zwierzaka. Po chwili dało się słyszeć głębokie, nieco stłumione, mruczenie.
- No to jak? Rozejm, ty mały ludożerco? - zapytał chłopak.
W odpowiedzi na te pytania towarzysz dziewczyny wskoczył mu na kolana, nie pozwalając przerwać tej jakże przyjemnej dla niego czynności. Na usta czarnowłosego wdarł się nikły uśmiech, którym obdarował także przywódczynię, mówiąc:
- Żegnaj żywy różu, witaj ponura szarości i czerni w mym domu. Przegrałaś, Casper. - widząc jej irytację, dodał - Ale sweterek sobie zostawię na pamiątkę. Poza tym, może nie faun, ale ktoś inny będzie potrzebował odrobiny ciepła. I nie, to nie będę ja.
Katelyn przewróciła oczami, obracając się w stronę kuchni. Nie minęło jednak parę sekund, kiedy bluza Alex'a wylądowała na jego głowie.
- Ubierz się. Głodna jestem i mam ochotę na ciasto, a siedzenie z półnagim facetem przy stole jest co najmniej nieetyczne.
Odpowiedział jej cichy śmiech chłopaka.

---

<Katelyn? Wiem, jestem taka zła... >:3 >